poniedziałek, 15 lipca 2013

15 lipca 2013 roku - Gómez-Day

Piłkarska Florencja oszalała. Mario Gómez oficjalnie zamienił dziś Bawarię na serce Toskanii. Fiorentina za napastnika reprezentacji Niemiec przeleje na konto monachijskiego Bayernu 16 milionów euro płatne w czterech ratach a sam Gómez zarabiać ma ok. 4,5 miliona euro za sezon. Już dawno Viola nie mogła sobie pozwolić na tego typu operację podczas mercato. Na transfer tyleż kosztowny, co prestiżowy. Gómez to bez wątpienia czołówka pośród "9" na świecie. Ubiegły sezon był w wykonaniu Bayernu kosmiczny. Dominacja na wszystkich trzech frontach okraszona zdemolowaniem Barcelony w półfinale Champions League. Mający hiszpańskie korzenie napastnik przegrywał często rywalizację z Mandzukicem, lecz - o ironio - to właśnie w ubiegłym sezonie do zdobycia gola potrzebował najmniej czasu w karierze. Biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki - zarówno Bundesligę, Puchar Niemiec jak i Champions League - umieszczał piłkę w siatce rywali średnio co 67 minut. 

Biorąc pod uwagę umiejętności Gómeza dziwić może stosunkowo niska cena odstępnego zapłacona przez Fiorentinę oraz - przy całym szacunku dla tego klubu - kierunek obrany przez snajpera. Nie jest wszak tajemnicą, że klasycznej "9" szukają zespoły bardziej renomowane i dysponujące większymi środkami finansowymi ku temu, by realizować swe ambicje. Dość powiedzieć, że jutro badania w Paryżu przejdzie Edinson Cavani, za którego Napoli dostać ma 63 miliony euro. Tymczasem Viola zgarnia SuperMario nie grając nawet w Champions League! Dlaczego zatem zdecydował się był Gómez na Florencję? Zapytany o to na konferencji prasowej odparł, że stolica Toskanii to wspaniałe miejsce do życia, urokliwe miasto, w którym będzie czuł się szczęśliwy. O to oczywiście zadbają również rozentuzjazmowani tifosi, którzy licznie stawili się dziś na stadionie Artemio Franchi. Włoskie media donoszą o liczbie 25 tys. kibiców. Wiadome jest, że władze klubu musiały otwierać dodatkowe trybuny, m.in. tę przeznaczoną podczas meczów dla gości. Nie bez znaczenia były sylwetki trenerów - Vincenzo Montelli oraz Josepa Guardioli. Pierwszy wyjaśnił Niemcowi, na czym polega projekt, jakie są cele i ambicje klubu. Drugi zachęcił Gómeza opowiadając mu - zgodnie z prawdą zresztą - o interesującej wizji klubu i ofensywnym sznycie zespołu.

Przyjście, byłego już, napastnika Bayernu prawdopodobnie zbiegnie się z odejście największej dotychczas gwiazdy Violi - Stevana Jovetica. Prezes Della Valle liczył się z takim obrotem spraw, rzecz jasna, wobec czego nie jest to wielkie zaskoczenie. O wytransferowaniu Czarnogórca mówiło się głośno od jakiegoś czasu. Andrea Della Valle musiał teraz ugrać jak najwięcej się da. Swój cel zrealizował - za Jovetica dostanie gotówkę oraz, co było równie ważne, nie odda go Juventusowi. Między Turynem i Florencją relacje są trudne od czasu przejęcia przez Bianconerich Dimitara Berbatowa lecącego wówczas podpisać kontrakt z Fiołkami. Odejście JoJo nie zmienia jednak w żadnym stopniu ambicji florenckiego klubu. Z przodu nadal prezentuje się on bowiem okazale. Wszystko wskazuje na to, że w klubie zostanie Adem Ljajic, który pod okiem Montelli rozwinął się na tyle, że długimi tygodniami nieodczuwalna była absencja kontuzjowanego Jovetica. Do zdrowia wraca Giuseppe Rossi a na Artemio Franchi jest przecież jeszcze Juan Cuadrado wspierany tegorocznymi nabytkami: Joaquinem Sánchezem oraz Oleksandrem Yakovenko. W całym tym projekcie brakowało "9" z prawdziwego zdarzenia. Dziś kontrakt podpisał Gómez. Jeśli ktoś przed rokiem nie dawał Fiorentinie szans na dobicie do czołówki, teraz z pewnością nie popełni tego błędu. Napoli i Milan muszą się mieć na baczności.

sobota, 13 lipca 2013

Nowa fala włoskiej myśli szkoleniowej

Najlepsi włoscy szkoleniowcy pracują dziś z dala od Półwyspu Apenińskiego. Carlo Ancelotti po opuszczeniu Lombardii, zwiedził już Londyn i Paryż - gdzie zdobywał tytuły mistrzowskie - a teraz przygotowuje się do rozpoczęcia przygody w Madrycie. Fabio Capello - po rocznej przygodzie w stolicy Hiszpanii właśnie oraz pracy w roli selekcjonera reprezentacji Anglii - pracuje w Rosji. Na wschodzie Europy od jakiegoś czasu też siedzi Luciano Spalletti, który bije się o kolejne trofea prowadząc Zenit. Marcello Lippi, niczym Marco Polo przed laty, dotarł do Chin, zaś Alberto Zaccheroni pracuje z zespołem narodowym Japonii. Skoro najlepsi wyjeżdżają, ktoś musi zapełniać pustkę na krajowym rynku.

Giovani Galli, Antonio Benarrivo, Fabio Cannavaro, Paolo Negro,  Marco Materazzi, Massimo Oddo, Gianluca Zambrotta, Fabio Grosso, , Ivan Juric, Hernan Crespo i Filippo Inzaghi.Te nazwiska to nie skład drużyny oldbojów Serie A, lecz lista wybranych przeze mnie adeptów, którzy 5 lipca zdali egzaminy na stopień Master organizowane w Coverciano przez włoską federację. Wśród szczęśliwców aż sześciu mistrzów świata z niemieckich boisk w 2006 roku. Kursanci musieli wykazać się wiedzą praktyczną, biorąc udział w zajęciach Fiorentiny, Interu oraz Parmy. Następnie uczestniczyli w seminarium w Nyonie, gdzie swoją wiedzą - jako przedstawiciele włoskiej katedry - dzielili się selekcjoner reprezentacji Cesare Prandelli, opiekun Milanu Massimiliano Allegri, szkoleniowiec Zenitu St. Petersburg Luciano Spalletti. Na temat wartości grupy i jej zarządzania przemawiał zaś pan Ettore Messina - trener koszykarzy CSKA Moskwa, w przeszłości prowadzący również reprezentację Włoch w tymże sporcie. Trenerzy, którzy zdali parę dni temu egzaminy nie są jednak jedynymi. We włoskim futbolu już teraz pracuje kilka nazwisk, które kojarzyć Państwo mogą z czasów, gdy uganiali się za futbolówką.

Pippo Inzaghi do niedawna czaił się na linii spalonego. Dziś zakłada elegancki garnitur a młodzi adepci zwracają się do niego per Mister - tak bowiem tytułuje się trenerów. My mówimy "panie trenerze", Włosi mówią "mister". W sezonie 2012/13 Inzaghiemu powierzono zespół Allievi Nazionali. W tym miejscu warto wyjaśnić, jak zorganizowane są rozgrywki w tej kategorii wiekowej. Udział biorą drużyny klubów z Serie A oraz B. Dzielone są one na trzy grupy, po 14 zespołów każda, według klucza geograficznego. W dwóch z nich grają zespoły z północy, w trzeciej zaś centrum Italii (Rzym, Neapol) oraz południe z Sycylią. Na koniec tej części sezonu, do fazy finałowej awansuje 8 najlepszych drużyn i tworzy się dwie grupy. 2 najlepsze ekipy z każdej grupy tworzą następnie pary półfinałowe. Faza finałowa rozgrywana jest na boiskach neutralnych, podczas gdy w fazie zasadniczej gra się w swoich miastach.

W fazie zasadniczej zespół SuperPippo rywalizował w Grupie B z m.in. Interem, Atalantą, Udinese i Chievo. Młodzi Rossoneri zajęli w niej 2. miejsce zdobywając 63 punkty w 26 meczach. 20-krotnie wygrywali oraz zaliczy po 3 porażki i remisy. Rezultat ten dał awans do fazy finałowej. Podopieczni Inzaghiego zajęli w swojej grupie 2. miejsce, ustępując miejsca Juventusowi, lecz w pokonanym polu pozostawiając młodych graczy Interu oraz Genoi. W drugiej grupie niespodziewanie odpadły dwa rzymskie kluby: Lazio oraz Roma, wyprzedzone przez Parmę oraz Empoli. I to właśnie drużyna z Toskanii pokonała Milan w półfinale, spotykając się w finale z Parmą właśnie. Praca Inzaghiego została jednak oceniona pozytywnie. Nachwalić nie mógł się go Adriano Galliani, zapewniając, że już niebawem Pippo będzie wspaniałym szkoleniowcem. Póki co, ex-snajper w dowód zaufania dostanie do prowadzenia zespół starszej kategorii wiekowej - Primaverę.

Rozgrywki Allievi Nazionali pełne są zresztą byłych piłkarzy. Filippo nie jest nie tylko jedynym ex-zawodnikiem na ławce zespołu młodzieżowego, lecz nie jest nawet jedynym Inzaghim. Pieczę nad chłopcami z Lazio sprawuje bowiem jego młodszy brat, Simone, w przeszłości również występujący na pozycji napastnika, reprezentując m.in. barwy swojego obecnego pracodawcy. Biancocelesti wygrali swoją grupę w sezonie zasadniczym. Z dorobkiem 68 punktów w 26 meczach (bilans 22-2-2) w pokonanym polu zostawili swojego lokalnego rywala, Romę oraz pozostałe liczące się na południu Włoch marki: Palermo, Catanię oraz Napoli. Mistrzem Włoch w tej kategorii wiekowej został zwycięzca Grupy A w fazie zasadniczej - Parma, która zdobywając 59 punktów (19-2-5) wyprzedziła takie marki jak Genoa, Fiorentina, Empoli, Juventus czy Torino. Następnie w fazie finałowej w pokonanym polu pozostawili, o czym już Państwo wspomniałem wcześniej, tandem z Rzymu. W półfinale ograli Juventus, by w finale pokonać Empoli 2:1. Bardzo korzystnie zaprezentowali się również w lutowym Coppa Carnevale. Wszystko to pod wodzą byłego napastnika m.in. Livorno - w barwach którego w sezonie 2004/05 zdobył koronę króla strzelców - czy Szachtara Donieck. Były napastnik po dopisaniu Scudetto Allievi Nazionali do cv otrzymał propozycję objęcia dorosłego zespołu Perugii, którą przyjął. Na pracy z młodzieżą skorzystał także opiekun Genoi, Fabio Liverani - głównie znany z gry w Lazio oraz Palermo. Mimo tego, że w fazie finałowej zajął ostatnie miejsce w swojej grupie, udało mu się przekonać Enrico Preziosiego do swojej wizji futbolu na tyle, że ten zdecydował się był powierzyć mu stery pierwszej drużyny. Jego miejsce na ławce zespołu Allievi Nazionali Grifone zastąpi go... Beppe Favalli. Il Professore, jak Favallego nazywano w czasach, gdy ten występował na włoskich boiskach, jest ledwie jednym z byłych piłkarzy Milanu, którzy od nowego sezonu czas będą spędzać pracując z młodzieżą. Rossoneri zdecydowali się wciągnąć w swoje struktury również swojego wychowanka, który zawiesił buty na kołku, Christiana Brocchiego.

Ostatnim, który przekracza rzekę i wchodzi do świata trenerów jest Gennaro Gattuso. To już jednak temat na tyle szeroki, by poruszyć go osobno.

wtorek, 9 lipca 2013

Lazio się zbroi

Sezon zakończyli zdobyciem Coppa Italia, w finale pokonując swojego lokalnego rywala - Romę. Derbów w minionych rozgrywkach nie przegrali zresztą ani razu. W listopadzie tryumfowali, 3:2. Na wiosnę remis, 1:1, choć mieli kompletnie rozbitych Giallorossich na widelcu. Prowadzili i mieli karnego. Hernanes nie raczył był jednak trafić z wapna a Roma podniosła się była wówczas. Najważniejsze zwycięstwo odniesione zostało jednak 26 maja. Dawało bowiem nie tylko radość wygranej nad rywalem, lecz również puchar. Puchar Włoch konkretnie - przepustkę do gry w Lidze Europy, wyrzucając z niej jednocześnie... Romę. 

Pięknie to wszystko wygląda, lecz sezon ligowy Lazio zakończyło dopiero na pozycji siódmej, niedającej prawa do gry w europucharach. Zdarza się - ktoś mruknie. Ano, zdarza, ale trochę pewnie pana Petkovića i zarząd rzymskiego klubu to musiało rozczarować, zważywszy na fakt, że zespół przez dużą część sezonu był na miejscach gwarantujących grę nie tylko w Lidze Europy, lecz nawet w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Do tego w rzeczonej Lidze Europy zaprezentował się najkorzystniej z włoskich klubów. Pan Petković, przybysz ze Szwajcarii. Nienauczony. Nieobeznany. Nie wiedział, że te rozgrywki "się olewa". Sympatyczny Serb "nie olał", a że kadra wąska i pełna piłkarzy, którzy bazowali na "jeżdżeniu na dupie", to i w pewnym momencie brakło pary. No brakło, ale tu dotykamy, mili Państwo, drugiego argumentu, który decydował, że zawsze Lazio oglądałem raczej niechętnie - stylu gry. Zawsze miałem w pamięci ostatni widziany mecz Biancocelestich, wahałem się - obejrzeć, nie obejrzeć - i zawsze dopadała mnie myśl "no, trzeci zespół w tabeli, zobaczmy co oni tam prezentują". Pułapka gotowa. Lazio to gra: a) Hernanes do Klose; b) Lulić i Candreva szybko i często biegają po skrzydłach. Trzech od grania, siedmiu od biegania i szarpania. Trochę jak np. Bologna, Chievo i generalnie tego kalibru zespoły. 

Czytając moje narzekania pan prezes Claudio Lotito oraz pan Igli Tare - dyrektor sportowy - zdecydowali, że tak dłużej być nie może, że zrobić coś z tym trzeba. Że należy zacząć działać na rynku. Zakasali rękawy i zadziałali. Na pierwszy ogień poszło oczywiście domknięcie dealu z Santosem, czyli sprawa - niemalże już klepniętego w zimowym okienku - Felipe Andersona. Właściwie, to tym transferem przekonano mnie, że sieć scoutingu w Lazio mogłaby nie istnieć. Wystarczy, żeby dyrektor sportowy śledził uważnie, kogo media łączą z Milanem. Felipe Anderson miał bowiem, rok temu, być kluczem do sprowadzenia Robinho. Santos w rzeczywistości nie bardzo chciał oddawać młodego pomocnika, Milan nie bardzo chciał wykładać gotówkę na stół. Nie dogadano się ostatecznie i do akcji włączyło się Lazio. Jako żywo przypomina mi to telenowelę z Hernanesem, która trwała parę ładnych okienek transferowych. Milan już o krok, już leci załatwiać do Brazylii. Ostatecznie nic nie wychodziło. I tak w kółko. Po dwóch latach czczej pisaniny włoskich mediów, Hernanesa wzięli rzymianie. Co najśmieszniejsze transfer zamknął się w kwocie około 13 milionów euro, podczas gdy pisało się, że od Milanu żądano nawet 30. Już niebawem byli potencjalni gracze Rossonerich mogą siać postrach na włoskich boiskach występując w duecie. W jasnoniebieskim trykocie, rzecz jasna.

Pisałem o Lazio, że to zespół atletów z kilkoma piłkarzami i na wyższy poziom nie wskoczy. No to co postanowił tandem Lotito-Tare? Skoro z atletami się nie da, kupujemy piłkarzy. Lucas Biglia z Anderlechtu piłkarzem stołecznej drużyny, proszę bardzo. Transfer Argentyńczyka sprawia, że spiąć będzie się musiał Cristian Ledesma, który dotychczas jako regista pozostawał bez konkurencji. O Biglii mówiło się kiedyś jako o wielkim talencie. Gdy zapytałem o niego osobę obeznaną z argentyńskim futbolem, odpowiedział, że gość ma najgorszego agenta na świecie. Co prawda najpierw załatwił mu miękkie lądowanie w europejskiej piłce, lecz później Biglia miał kłopoty z opuszczeniem Belgii. Lazio zapłaciło za niego ok. 8 milionów euro, czyli równowartość klauzuli.

Przed Lazio nadal jednak pozostało trochę drogi do przebycia, jeśli chce dobić na stałe do czołówki włoskiej kopanej. Przede wszystkim należałoby wzmocnić środek obrony oraz pomyśleć nad alternatywami na boki. Do tego Lotito powinien dorzucić również napastnika, który byłby w stanie zluzować wiekowego już Miro Klose. Do rozwiązania pozostaje również kwestia przynależności klubowej Antonio Candrevy. Bardzo dobry sezon w barwach Biancocelestich zaowocował powołaniami do reprezentacji. Podczas Pucharu Konfederacji Candreva wykorzystał słabą dyspozycję rywali, Aquilaniego i El Shaarawiego i zaprezentował się na tyle dobrze, że w trakcie turnieju wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie i zakończył imprezę jako jej największy wygrany w ekipie Squadra Azzurra. W pamięci na długo pozostanie pewnie świetny mecz przeciwko Hiszpanom w półfinale brazylijskiego turnieju. Logicznym zatem jest, że wartość jego karty poszła w górę. Sęk w tym, że jej połowa nadal jest w posiadaniu Udinese, którego prezes nie zamierza się jej pozbywać, licząc że cena może jeszcze podskoczyć. Trudno zresztą odmówić prezesowi Pozzo głowy do interesów.

Marchetti; Konko, Cana, Biava, Radu; Biglia; Candreva, Hernanes, Felipe Anderson, Lulić; Klose. Robi wrażenie? Pewnie, że robi. Nawet na mnie i możliwe, że niedługo będę tu odszczekiwał słowa o prowincjonalnym pomyśle na grę rzymskiego zespołu. 

środa, 3 lipca 2013

U21: zmiana na ławce trenerskiej

W końcu stało się. Devis Mangia przestał być selekcjonerem kadry Włoch U-21. Mimo zdobytego wicemistrzostwa Europy w tej kategorii wiekowej, sposób w jaki grała jego kadra pozostawiał wiele do życzenia. Nie czas jednak (po raz kolejny) pastwić się nad, byłym już, opiekunem Azzurrinich. Mimo nieskrywanej miłości Sacchiego i Abete do Mangii, ten zdecydował się opuścić ciepłą posadkę, by "znów wskoczyć w obieg i zebrać nowe doświadczenia". Czyli będzie czekał, aż któremuś z trenerów w Serie A powinie się noga.

Tymczasem FIGC ogłosiła, że nowym selekcjonerem U-21 zostanie Luigi Di Biagio - dotychczas zajmujący się reprezentacją U-20, będącą bezpośrednim zapleczem U-21. Ta zmiana pociągnęła za sobą kolejne - zespół U-20 objął Alberigo Evani, który wcześniej pracował z zespołem U-19, a którego ja pamiętam jeszcze z roli trenera Primavery w Milanie. Nowo wybrany opiekun U-21 spotkał się już z dziennikarzami. Oto, co miał do powiedzenia: "Jestem dumny, że zostałem wybrany przez federację i prezesa Abete, któremu chcę podziękować za okazję, którą mi daje. Jestem gotów kontynuować pracę, którą zacząłem dwa lata temu z zespołem U-20. Chcę kontynuować ten projekt. Obejmuję drużynę do odbudowania, ponieważ znajdzie się w niej wiele nowych twarzy. Nie dokonam tego bez utrzymania etosu ciężkiej pracy, który zaszczepili tu wcześniej Ciro Ferrara i Devis Mangia. Wielu z tych chłopców trenowałem już wcześniej. Praca z reprezentacją U-20 to było piękne doświadczenie, które pozwoliło mi rozwinąć się pod wieloma względami. Teraz rozpoczyna się nowa przygoda i musimy przeżyć ją w najlepszy możliwy sposób, przede wszystkim podążając drogą, która zaprowadziła ten zespół do osiągnięcia znakomitych rezultatów."

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Odbudowa Samp

Sezon 2012/13 Sampdoria skończyła na bezpiecznym 14. miejscu zdobywając 42 punkty, co nad ostatnim spadkowiczem z Palermo daje przewagę aż dziesięciu oczek. Cel został osiągnięty, lecz jaka przyszłość maluje się przed Samp? Uważam, że widoki nastrajają pozytywnie wszystkich, którzy trzymają za nią kciuki. Genueńczycy odbudowują powoli swoją pozycję po rocznym pobycie w Serie B. Jeszcze niedawno wydawało się, że na stałe dobiją do czołówki włoskiego futbolu. W sezonie 2009/10 zapewnili sobie prawo do gry w eliminacjach Champions League. W ataku brylował duet Cassano - Pazzini, na ławce zasiadał Luigi Delneri a poczynaniami na rynku transferowym kierował Giuseppe Marotta. Kolejny sezon był dla Samp dramatem. Wszystko, co udało się zbudować, zostało zniszczone. Latem 2010 roku do Juventusu przenieśli się Delneri oraz Marotta. Do Interu powędrował Pazzini. Zimą Milan zabrał, skłóconego ze wszystkimi, Antonio Cassano. W międzyczasie Sampdoria przegrała walkę o udział w Champions League z Werderem Brema, by ostatecznie sezon 2010/11 zakończyć spadkiem do Serie B - pierwszy po ośmiu kolejnych w najwyższej klasie rozgrywkowej. 


La Samp w sezonie 2012/13 (fot. fifa.com)


Banicja trwała, co prawda, ledwie rok, lecz nie był to najspokojniejszy okres w dziejach klubu. Początkowo powierzono drużynę Gianluce Atzoriemu. Szkoleniowiec ten dotrwał na swoim stanowisku jedynie do listopada 2011 roku, gdy zdecydowano się zastąpić go Giuseppe Iachinim. Serie B okazała się rozgrywkami diametralnie różnymi od Serie A i Doria nierzadko miała kłopoty, by się dostosować do nieco innej gry. Ostatecznie sezon zakończyła na 6. miejscu i wygrywając fazę play-off wróciła do najwyższej klasy rozgrywkowej. 

W pierwszej lidze drużynę Samp prowadzić miał Ciro Ferrara - młody szkoleniowiec, który po tym, jak nie poradził sobie w Juventusie, został wzięty pod skrzydła przez rodzimą federację (przez Arrigo Sacchiego, konkretniej mówiąc), która powierzyła mu prowadzenie kadry U-21. Tam Ferrara, mówiąc potocznie, "odpalił" i zwrócił na siebie uwagę dyrektorów Sampdorii. Gdy jednak, po dość obiecującym początku, zespół zaczął niebezpiecznie dryfować w niższe rejony tabeli, zdecydowano się podziękować sympatycznemu ex-defensorowi Juve. Zimą doszło do małej rewolucji, bowiem nie tylko zastąpiono Ferrarę Delio Rossim, lecz również podziękowano za współpracę dotychczasowemu dyrektorowi sportowemu Pasquale Sensibile a na jego miejsce wzięto Carlo Ostiego. Przyznać muszę, że ów dżentelmen sprowadził na siebie moje zainteresowanie. Piłkarzem był przeciętnym, tułając się po Serie B, nie uniknął spadku do Serie C1. W swej karierze otarł się jednak o gwiazdy pierwszej wielkości takie jak choćby bracia Baresi, Mauro Tasotti, Alessandro Altobelli, Carlo Ancelotti czy Giovanni Galli, grając z nimi w reprezentacji U-21 i będąc członkiem złotej drużyny tejże kategorii wiekowej w roku 1980. Terminował również w Juventusie, gdy ten zdobywał Scudetto w sezonach 1980/81 oraz 1981/82.


Fundamentalnym krokiem do odbudowy było rozwiązanie sprawy Angelo Palombo. Niegdyś kluczowa postać Samp, zawodnik ocierający się o reprezentację Włoch, po spadku do Serie B grzecznie podziękował za wszystkie oferty od możnych włoskiego futbolu, deklarując chęć pozostania w swoim klubie aż do końca kariery. Mimo tego Palombo znalazł się na marginesie. Zimą wypożyczony, razem z Andreą Polim, do Interu z prawem do wykupienia karty zawodniczej przez Nerazzurrich, nie zdołał jednak przekonać do siebie władz mediolańskiego giganta. Latem 2012 roku wrócił więc do Genui i dalej odrzucał kolejne oferty - tym razem od Bologni, Torino, Udinese i Rubina Kazań. Władze Samp zmuszone były przywrócić go do grupy, skoro miał ważny kontrakt. Umowę zresztą rozciągnięto w czasie (4,5 miliona euro, jakie miał zarabiać Palombo w rok, zostały rozciągnięte na całą długość trwania kontraktu, który przedłużono do lata 2017), by zachować równowagę w bilansie. Wizja Ferrary nie przewidywała Palombo jako integralną część zespołu, niemniej jednak jego czas, jak już Państwu wspominałem, szybko dobiegł końca. Gdy zespół objął Delio Rossi, Palombo wrócił do łask. Były szkoleniowiec Lazio miał autorski pomysł na wykorzystanie umiejętności nieco zapomnianego gwiazdora i zaczął wystawiać go na środku obrony w systemie 3-5-2. Okazało się to strzałem w "10". Palombo, pełniąc rolę podobną do Leonardo Bonucciego w Juventusie Antonio Conte, mógł w pełni wykorzystać swoje atuty - nieustępliwość w grze i dyscyplinę taktyczną oraz celne długie podanie. Szybko powrócił do pełnienia kluczowej roli dla Samp. 

Dziś wiemy, że szeregów Blucerchiatich nie opuści inny podstawowy gracz, hiszpański pomocnik, Pedro Obiang - rocznik 1992. Mający korzenie w Gwinei Równikowej gracz przyszedł do Sampdorii w 2008 roku i przez dwa lata był podstawowym zawodnikiem młodzieżowych drużyn Dorii - najpierw w drużynie Allievi Nazionali, później w Primaverze. Miejsce w pierwszym zespole znalazł, gdy klub grał w Serie B. Rozegrał wówczas w jego barwach 29 spotkań ligowych, do których dorzucił 4 występy w fazie play-off. Po powrocie Sampdorii do Serie A, Obiang był gotowy na skok jakościowy. Rozegrał 34 spotkania w najwyższej klasie rozgrywkowej i stał się fundamentem nowej Dorii. Skorośmy przy zatrzymywaniu kluczowych graczy - dziś już wiemy, że Osti wykonał kolejny krok ku utrzymaniu obecnego poziomu kadry. Blisko pozostania w Samp jest prawy wahadłowy, niegdyś znakomicie się zapowiadający, Lorenzo De Silvestri. Włoch wypożyczony jest z Fiorentiny. Kluby są jednak bliskie znalezienia porozumienia w sprawie pozostania Lorenzo w Genui na zasadzie transferu definitywnego. Cała sprawa nie powinna się zbytnio skomplikować. Viola nie ma bowiem zamiaru sprowadzać do siebie De Silvestriego.


Kolejnymi kwestia do rozwiązania przez genueński klub pozostają przypadki Andrei Poliego oraz Simone Zazy. Obaj mają kontrakty ważne jeszcze przez rok, co obniża cenę. Obaj na brak propozycji narzekać nie mogą. Poli znalazł się na celowniku Milanu. Strony zbliżają się do porozumienia, które codziennie wydaje się niemal zawarte. Oficjalnych wiadomości jednak brak. Milan musi najpierw uporządkować sprawy wewnątrz klubu. Dbając o bilans, musi najpierw kogoś sprzedać. Kwota transferu oscyluje, według włoskich mediów, koło 6 milionów euro. Co i rusz pojawiają się jednak nowe doniesienia w sprawie spłaty części kwoty poprzez dorzucenie karty zawodniczej (jej połówki lub wypożyczenia) jednego z zawodników Rossonerich. Początkowo mówiło się o zainteresowaniu Bartoszem Salamonem ze strony Samp. Możliwe było też umieszczenie w Genui któregoś z młodych wychowanków mediolańskiego giganta - Marco Ezio Fossatiego lub Simone Calvano. Ostatnio jednak media donoszą o zainteresowaniu Ostiego Mbaye Niangiem - francuskim napastnikiem urodzonym w 1994 roku. Gdyby negocjacje upadły, Carlo Osti ma jednak plan B, którym jest nowa umowa dla Poliego. Ponoć coraz bardziej optymistycznie wygląda sprawa pozostania w Genui Simone Zazy. Strzelec 18 goli w Serie B w barwach Ascoli, do którego był wypożyczony, zwrócił na siebie uwagę największych klubów we Włoszech z Juventusem, Milanem oraz Napoli na czele. Jeszcze niedawno o odejściu napastnika pisało się w tonie faktu niemalże już dokonanego. Dziś ta pewność słabnie. Zaza co prawda nie przedłużył jeszcze umowy, lecz wydaje się, że obecnie jest to bardziej prawdopodobne niż jeszcze kilka tygodni temu. 

Carlo Osti nie próżnuje i przede wszystkim, co mnie się u niego podoba, nie kręci się w kółko wokół tych samych zgranych nazwisk, które przewijają się przez średniaki Serie A. Bo też Sampdoria nie ma być średniakiem, lecz odzyskiwać dawny blask. Osti konstruuje młodą kadrę, pełną jakości i graczy, którzy mogą się jeszcze rozwinąć. Równolegle z przypadkiem Simone Zazy, toczyła się sprawa Vasco Reginiego. Środkowy obrońca Empoli, rocznik 1990, który z przeciętnego lewego obrońcy przeistoczył się w rozchwytywanego stopera. Tego lata z kadrą U-21 został wicemistrzem Europy. Również o Reginim mówiło się w kontekście transferu do Juventusu lub Milanu. Osti zadziałał szybko rozwiązując współwłasność na korzyść Samp. Podobnie było zresztą w przypadku innego wyróżniającego się zawodnika Serie B, pomocnika Crotone, Mirko Eramo (ur. 1989 r.). O negocjacjach ws. Eramo dyrektor sportowy Crotone powiedział tak: "Zarówno Osti jak i Sagramola (l'amministratore delegato, czyli przedstawiciel zarządu; ichniejszy Adriano Galliani - przyp. TK) byli wspaniali. Porozumienie zostało znalezione w kwadrans. Spotkaliśmy się po raz pierwszy, a później w Ata Hotel szybko dobiliśmy targu. To naprawdę niesamowite osoby". Pan Urbino zresztą dalej mówi o Eramo w sposób następujący: "Eramo rozegrał dwa niezwykłe sezony. Według mnie może sobie poradzić w Serie A. Jest nie tylko chłopcem, który poważnie podchodzi do swoich obowiązków, ale ma też inny atut: jest pomocnikiem, który strzela dużo goli, ponieważ potrafi znakomicie podłączyć się w ofensywie". Trzecim wartym uwagi, szczególnie z perspektywy Polski, zakupem jest Paweł Wszołek. Reprezentant Polski przekonał do siebie Carlo Ostiego nie tylko występami w T-Mobile Ekstraklasie, ale także występami w narodowej kadrze. "To utalentowany boczny pomocnik. Prawonożny, grający na lewej stronie i atakujący z głębi. Idealny do filozofii Delio Rossiego" - charakteryzuje go dyrektor sportowy Samp. Polak będzie zatem rywalizował o miejsce w składzie z Paragwajczykiem Marcelo Estigarribią. Nie należy również zapominać o Roberto Soriano, pomocniku z rocznika 1991.

Największa dziura przed sezonem 2013/14 powstaje w przedniej formacji. Do Interu odchodzi Mauro Icardi, który dzięki dobrej grze wypromował się i dał działaczom Samp godziwie zarobić. Na wylocie znajduje się również inny Argentyńczyk, którego strzelec dziesięciu goli posadził na ławie, czyli Maxi López. Wychowanek River Plate nie miał szczęścia w poprzednim sezonie. Średnia dyspozycja, pauza z powodu kontuzji oraz eksplozja talentu Icardiego zepchnęły go w czeluści ławki rezerwowych Sampdorii. López we Włoszech cieszy się dobrą opinią i z otwartymi rękami przyjąłby go z powrotem choćby Antonio Pulvirenti - prezes, rozkochanej w Argentyńczykach, Catanii Calcio, w której zresztą napastnik miał już okazję występować z powodzeniem po epizodach w FK Moskwa oraz Gremio. Pomysł zastąpienia ich Brazylijczykiem Paulinho z Livorno, strzelcem 19 goli w Serie B, raczej nie wypali. Przynajmniej dopóki prezes Spinelli nie zażąda za swojego asa mniej niż, oczekiwane obecnie, 10 milionów euro. Dużo zależeć będzie od tego, jak skończą się deal z Milanem i kwestia Mbaye Nianga oraz sprawa przedłużenia kontraktu Simone Zazy. Osti monitoruje ponoć sytuacje Manolo Gabbiadiniego, którego Juventus nie zamierza ściągać z powrotem, lecz umieścić w którymś z klubów Serie A na kolejny rok oraz napastnika lokalnego rywala, Ciro Immobile.


Mercato dopiero przed nami i równanie o nazwie "Sampdoria" wciąż ma wiele niewiadomych. Wzmocnienia wymagać będą atak oraz pozycja bramkarza. Wszystko w rękach Carlo Ostiego, który będzie musiał rozsądnie poruszać się po rynku transferowym, reagując na kolejne zwroty akcji, których - o to proszę się nie bać - z pewnością nie zabraknie. Samp warto jednak śledzić, bo to klub o pięknej tradycji z ciekawymi perspektywami. Budowany z głową przez mądrych ludzi, nie bojących się stawiać na młodzież. Jak ktoś ma notesik, to proszę go wyciągnąć i w rubryczce z zespołami do śledzenia w przyszłym sezonie, proszę obok Fiorentiny wpisać właśnie Samp.

środa, 19 czerwca 2013

U-21: Azzurrini wicemistrzem Europy U-21!

Czytałem przed finałem kolejne artykuły we włoskie prasie i nie wierzyłem w to, co wypisywały portale przecież niezłej renomy ze Sky na czele. Przedstawiano wizję drużyny złożonej ze wspaniałych zawodników, którzy za chwileczkę, wydaje się, rozwiną w pełni skrzydła w dorosłym futbolu, pokazując pełnię swego talentu, dowodzonej przez charyzmatycznego selekcjonera. Rozumiem oczywiście Włochów, że dali się ponieść gorączce - wszak mieli zespół w finale. Dziwi mnie jednak, że nie znalazła się choćby jedna osoba, która potrafiłaby spojrzeć krytycznie na turniej w wykonaniu Azzurrinich, bo przyszłość wcale nie maluje się w takich jasnych barwach.

Czy można krytykować finalistę? Można. Powiedziałbym nawet dosadniej - nie ograniczając się jedynie do sprawdzania wyników i czytania fantastów z włoskich dzienników, lecz oglądając ten zespół w każdym meczu turnieju, nie da się go nie krytykować. Postawa młodych Włochów nie była dla mnie jednak żadnym zaskoczeniem. Śledzę reprezentację U-21 dość uważnie, odkąd objął ją Devis Mangia i równie regularnie, co oglądam jej spotkania, krytykuję sposób w jaki gra. No dobrze - niejeden czytelnik podrapię się po głowie - to skoro jest tak źle, jak pan mówisz, to dlaczego jest tak dobrze? Skąd nagle tak słaba reprezentacja w finale, jakby nie było, poważnej imprezy na szczeblu młodzieżowym?

Jeśli by spojrzeć na personalia - nie jest to zła drużyna. Potencjalnych gwiazd jest niewiele, ale duża część piłkarzy prezentuje już poziom solidnego przeciętniaka, co na turniej młodzieżowy wystarcza. Że tego poziomu większość z nich nie przeskoczy, to inna kwestia. Mangia dostał gotowy zespół w spadku po Ciro Ferrarze z jasną sytuacją w grupie eliminacyjnej. Poprowadził Azzurrinich w dwóch meczach - z Liechtensteinem oraz Irlandią. Ten drugi zresztą przegrany w żenującym stylu. Następnie Italia rozprawiła się ze Szwecją w barażach o awans na turniej. Grupa podczas turnieju finałowego była banalnie prosta - Izrael, Norwegia i Anglia, którą ci Norwegowie zlali. Tu naprawdę nie było z kim przegrać. Poważniejszym przeciwnikiem była Holandia. Tutaj byłem zaskoczony tym, w jak słabej dyspozycji byli Oranje, którzy dostosowali się poziomem do Włochów. Ostatecznie gola wcisnął, będący w marnej dyspozycji, Borini. Tyle, że ten gol to nie był jakiś wyćwiczony schemat, wyuczona kombinacja. Ot piłka do Insigne i czekanie, co zrobi. Ten się pokiwał i podał do środka. Borini szybciej dziubnął futbolówkę i miał stuprocentową sytuację, której nie zmarnował. Finał to była inna bajka. Hiszpanie w składzie z zawodnikami, o których albo już się biją poważne kluby, albo zaraz będą, albo którzy już w tych poważnych klubach grają. Klasyczna tiki-taka, gra piłką po ziemi na jeden, dwa kontakty, prostopadłe piłki. Czym mogli odpowiedzieć Włosi? Jakie mieli argumenty? Jaki pomysł? Taki jak zwykle - żaden. Trochę pobiegali, często bez sensu. Trochę pokiwał się Insigne. Kilka długich piłek do napastników zagrano. Ostatecznie porażka 2:4 to najniższy wymiar kary.

Osobiście cieszę się, że to koniec cyklu tych roczników. Niestety, potencjał na to, by w przyszłości stać się zawodnikiem odgrywającym jakąś rolę we włoskim futbolu ma raptem kilku. Francesco Bardi, rzecz jasna Marco Verratti, Lorenzo Insigne, może Florenzi, który miał dobre wejście w Romie, lecz później zgasł (liczę na to, że Giallorossi ustabilizują swoją sytuację i nowy trener umiejętnie zagospodaruje potencjał Alessandro), może Saponara, po którego sięgnął Milan. Włosi nie powinni rozpaczać po meczu finałowym. Osiągnęli wynik ponad stan. Medal jest, problemy pozostają. Obawiam się, że dopóki nie powstaną drużyny rezerw, grające w niższych ligach, młodzi piłkarze dalej będą mieli problemy z przeskokiem do profesjonalnego futbolu i reprezentacje będą chodziły ścieżką wytyczoną przez Devisa Mangię, posiłkując się starszymi zawodnikami, którzy mają po 23 lata i czas wielkich perspektyw już za sobą.

Przepraszam Państwa, że nie pisałem tu o każdym meczu, jak pierwotnie miałem zamiar. Nie było jednak sensu pisać tego samego, co dwa dni. Nałożyły się również inne obowiązki. Niebawem poruszę temat pierwszej reprezentacji, która gra w Pucharze Konfederacji.

czwartek, 6 czerwca 2013

U-21: Włochy 1:0 Anglia

Długo na to czekaliśmy - święto piłki młodzieżowej, okazja do zobaczenia wielu utalentowanych graczy. Dziś ruszyły Mistrzostwa Europy U-21 rozgrywane tego lata na boiskach Izreala. Gwoli przypomnienia, Włosi rywalizują w Grupie A, mierząc się z Anglią, Izraelem oraz Norwegią. Azzurrini przed turniejem jasno precyzowali swój cel - zwycięstwo w turnieju.


ITALIA (4-4-2): Bardi - Donati, Bianchetti, Caldirola, Biraghi - Florenzi, Marrone, Verratti, Insigne - Borini, Immobile  

Zestawienie, które Devis Mangia zaproponował na mecz z Anglią nieznacznie różniło się od tego, które przewidywałem na łamach bloga. W bramce zagrał Bardi, obrona również bez zaskoczeń: Donati - Bianchetti - Caldirola i Biraghi. Spodziewałem się obecności w wyjściowej jedenastce Riccardo Saponary, Mangia zaś tercet Marrone, Verratti, Insigne uzupełnił Alessandro Florenzim. W ataku zaś, zamiast awizowanego przeze mnie Manolo Gabbiadiniego, partnerem Ciro Immobile był Fabio Borini. 

Azzurrini wygrali mecz 1:0, będąc jednocześnie drużyną lepszą o klasę. Bynajmniej jednak nie mąci to mojego sceptycyzmu co do gry drużyny pod wodzą Devisa Mangii. Właściwie poza początkowymi fragmentami obu odsłon gry, młodzi Włosi dominowali nad przeciwnikiem. Mimo wszystko brak tej kadrze tego, co ma dorosła reprezentacja - pewnego porządku w grze. Cały czas mam wrażenie, że poczynaniami ekipy Mangii rządzi wszechobecny chaos. O ile starcza to na niżej notowane zespoły, o ile starczyło to na Anglików - których jednak (mimo wielkiej estymy, jaką cieszy się wyspiarski futbol) nie zaliczyłbym do ścisłej światowej czołówki - o tyle na naprawdę dobrze ułożone zespoły pokroju Niemców, Hiszpanów czy Holendrów może to być za mało. Po zespole złożonym z całkiem przecież sensownych, potrafiących grać w piłkę, zawodników oczekiwałbym czegoś więcej niż długie piłki do skrzydłowych lub napastników i "niech się martwią, co z tym fantem zrobić". Naprawdę szczęście, że mają Włosi w kadrze zawodnika, który tę piłkę przetransportuje i tego, do którego warto ją podać. Mowa oczywiście o Marco Verrattim i Lorenzo Insigne, dwójce kluczowych dziś graczy. Pierwszy cofał się po futbolówkę aż do linii obrony, rozgrywał ją i był prawdziwym reżyserem gry - godnym następcą Andrei Pirlo w przyszłości. Drugi zaś szalał po lewej stronie boiska, stwarzając zagrożenie indywidualnymi akcjami. To zresztą Insigne przypieczętował wygraną Italii, strzelając decydującego gola z rzutu wolnego w drugiej połowie. Pytanie jest jednak zasadnicze - czy licząc jedynie na błysk któregoś z ofensywnych graczy, czy to Insigne czy też kogoś z dwójki Immobile - Borini (dziś dysponowanych tak sobie - powiedzmy szczerze) można ogrywać najlepszych? Oczywiście, może się tak zdarzyć w jednym czy dwóch spotkaniach, lecz na dłuższą metę branie owego decydującego przebłysku za pewnik jest myśleniem błędnym. 

Prócz Verrattiego i Insigne wyróżnić chciałbym też dwójkę defensorów. Pierwszym jest Luca Caldirola, kapitan tej reprezentacji, stoper Brescii, wypożyczony z mediolańskiego Interu. Pewny w swoich interwencjach, potrafił też radzić sobie z wyprowadzeniem futbolówki. Drugim, co mnie dość zaskoczyło, którego występ odbieram jako duży pozytyw jest prawy obrońca Grossetto, Giulio Donati. Twardy, nieustępliwy, mocny fizycznie. Na tle Anglii zaprezentował się naprawdę dobrze. Jeśli chodzi o pochwały, to by było na tyle. A skorośmy już przy indywidualnych laurkach, to przyznać muszę, że najbardziej rozczarowany jestem występem Alessandro Florenziego. Za czasów, gdy w Rzymie urzędował Zdenek Zeman, Florenzi błyszczał. Po części był to też pewnie efekt "nowej twarzy" - gracz wszedł do pierwszego zespołu, nowa postać, nieopatrzony jeszcze - był nowinką dla obserwatorów włoskiego futbolu mojego pokroju. Do tego zasuwał jako box-to-box, technicznie nie odstawał od starszych kolegów, pokazywał ambicję. Po odejściu Czecha Florenzi wyraźnie jednak siadł. Niestety tę gorszą dyspozycję przekłada na występy reprezentacyjne. Brakowało celnych dośrodkowań, rozrywania obrony przeciwnika. Jednym zdaniem - brakowało jakości na tej prawej flance. Brakowało wszystkiego tego, co dawał jego kolega po drugiej stronie boiska - Insigne. Dość blado wypadli też Immobile z Borinim. Zresztą gra napastników Azzurrinich wygląda tak od dłuższego czasu - trochę walki, szarpania się z obrońcami i albo jest "to coś", "ten błysk", gol albo nota pozostaje przeciętna. Dziś tego "czegoś" nie mieli, lecz to samo tak naprawdę można powiedzieć o ich zmiennikach - Manolo Gabbiadinim i Matii Destro. Bo sami chyba przyznają Państwo, że ciężko jakoś wielce chwalić Gabbiadiniego za to, że był faulowany przed polem karnym, czego efektem był rzut wolny, po którym Insigne umieścił piłkę w siatce.