poniedziałek, 24 lutego 2014

WŁOSKO-CHIŃSKI KANTON

Mógłbym żartobliwie napisać: jeśli myśleliście, że jedynym włoskojęzycznym kantonem jest szwajcarskie Ticino, jesteście w błędzie. Jedna z największych włoskich kolonii w świecie futbolu znajduje się bowiem w Chinach, konkretniej w mieście, którego nazwę na polski tłumaczy się jako Kanton. Trenerem jest były selekcjoner reprezentacji Włoch a sztab trenerski w większości stanowią Włosi. Do tego właśnie ściągnęli reprezentanta tego kraju. O kim mowa? Chodzi, rzecz jasna, o Guangzhou Evergrande.

Marcello Lippi na ławce Guangzhou Evergrande (fot. bettingnews.it)


W 2010 roku Guangzhou zostało zdegradowane do 2. ligi za udział w aferze związanej z ustawianiem meczów. Na przekór wszystkim rok 2010 to data, którą można nazwać początkiem okresu prosperity. W klub pompować pieniądze zdecydowało się bowiem Evergrande Real Estate Group. Klub zasilili m.in. Zheng Zhi (który przyszedł z Celtiku Glasgow), Sun Xiang - jedyny chiński piłkarz, który wystąpił w UEFA Champions League (w barwach PSV) oraz Muriqui z Atletico Mineiro. Guangzhou Evergrande sezon 2010 zakończyło na 1. miejscu chińskiej League One i wywalczyło awans do Super League. W kolejnym sezonie Tygrysy Południowych Chin, wzmocnione najlepszym graczem Ameryki Południowej - Dario Concą oraz brazylijskim snajperem Cleo (swego czasu interesował się nim Lech Poznań), zdobyły mistrzostwo. 

Włoski najazd rozpoczął się w 2012 roku. Nowym trenerem został Marcello Lippi, jeden z największych szkoleniowców z Półwyspu Apenińskiego, tryumfator Mistrzostw Świata w 2006 r. ze Squadra Azzurra oraz wielokrotny mistrz Italii z Juventusem. Lippi zabrał do Chin cały swój sztab. Jego asystentami zostali Narciso Pezzotti oraz Massimiliano Maddaloni. Trenerem bramkarzy został, znany z występów w Juve, Michelangelo Rampulla a nad przygotowaniem fizycznym czuwa Claudio Gaudino, który współpracował z Lippim, gdy ten był selekcjonerem Włoch. Włochem jest też szef sztabu medycznego oraz szef scoutingu - Fabio Ceravolo.  W pierwszym roku swojej pracy Marcello Lippi zdobył mistrzostwo oraz Puchar Chin, w Azjatyckiej Lidze Mistrzów dochodząc do ćwierćfinału. Największe sukcesy przyszły w drugim roku pracy Włocha. Guangzhou po raz 3. z rzędu tryumfowało w lidze, wygrywając 80% meczów, co jest klubowym rekordem. Dotarło również do finału Pucharu Chin, który ostatecznie przegrało, lecz zdobyło najcenniejsze klubowe trofeum w Azji. Lippi dał im tryumf w azjatyckiej Lidze Mistrzów.

Przed sezonem 2014 Guangzhou Evergrande dokonało jednego z najgłośniejszych transferów na kontynencie. Za 9 milionów euro pozyskało z Bologny reprezentanta Italii, Alessandro Diamantiego. Lippi mocno naciskał na transfer popularnego Alino. Przy transakcji pośredniczył syn znanego trenera, Davide Lippi. Negocjacje toczyły się długo, były zawieszane i znów wznawiane. Diamanti ostatecznie podpisał 3-letni kontrakt i za każdy z sezonów będzie otrzymywał gażę w wysokości ok. 3 mln euro. Wielu stukało się w głowę - po co on tam jedzie, przecież latem jest Mundial. Dla zawodnika był to kontrakt życia. We Włoszech nikt by mu tyle nie zapłacił. Nie było też chętnych na zaspokojenie żądań Bologny. 9 milionów euro za gracza, który do końca kariery ma bliżej niż dalej, to luksus na jaki w Serie A pozwolić sobie może niewielu. Sytuację rozumie obecny selekcjoner, Cesare Prandelli, który dał zielone światło dla transferu. Potwierdził też, że będzie śledził Diamantiego w Chinach. Jeśli trequartista Squadra Azzurra będzie w dobrej formie fizycznej, powinien znaleźć się w grupie powołanych na brazylijski czempionat. Patrząc na sztab trenerski, z którym będzie pracować, można być o to spokojnym. A z punktu widzenia kulturowego, wyjazd na wschód dla byłego kapitana Bologny jest mniej egzotyczny, niż można by się spodziewać. Żona Alino pochodzi bowiem z Tajwanu. 

Guangzhou nawiązało również współpracę z dwoma gigantami włoskiej sceny futbolowej: Juventusem i Milanem. 32 adeptów futbolu, podzielonych na dwie grupy wiekowe, udało się do Włoch na 2-tygodniowe obozy w szkółkach piłkarskich. Chłopcy z rocznika 1998-99 zostali wysłani do Vinovo, zaś ci z rocznika 2000-01 do Milanello. Prócz zajęć praktycznych i teoretycznych ze sztabami trenerskimi włoskich klubów, młodzi azjaci będą mogli na żywo obejrzeć mecze Milan v Juventus oraz Juventus v Fiorentina.

niedziela, 23 lutego 2014

CZTERY MIESIĄCE MIHAJLOVICIA: JAK ZMIENIŁA SIĘ SAMPDORIA?

Gdy Sinisa Mihajlović 20 listopada 2013 roku obejmował stanowiska pierwszego trenera Sampdorii, drużyna znajdowała się w strefie spadkowej. W 12 meczach zdołała uzbierać jedynie 9 punktów, notując 2 zwycięstwa, 3 remisy i aż 7 porażek. Delio Rossi został odsunięty od pracy z zespołem po trzeciej z rzędu. Po 4 miesiącach od zatrudnienia Serba tifosi z Gradinata Sud mogą z optymizmem patrzeć w przyszłość. Doria za kadencji Mihajlovicia odniosła 5 zwycięstw (w tym derbowe przeciwko Genoi), 4 remisy (z Interem oraz Lazio traciła prowadzenie w samych końcówkach!) oraz 3 razy przegrała: z Juventusem, Napoli i Romą, top 3 włoskiej Serie A. Co warte odnotowania - wszystkie te przegrane spotkania były meczami wyjazdowymi. Na Marassi jeszcze nikt na drużynę bałkańskiego szkoleniowca nie potrafił znaleźć sposobu.

Sinisa Mihajlović (fot. repubblica.it)

Nowy trener musiał rozwiązać kilka problemów - podnieść morale drużyny, ustabilizować sytuację w defensywie oraz, oczywiście, zacząć punktować. Serbski trener miał również za zadanie przywrócić podstawowe wartości w szatni - etos pracy, poczucie odpowiedzialności za obecną sytuację. Na swojej pierwszej konferencji prasowej, parafrazując Johna Fitzgeralda Kennediego, mówił: "Nie pytaj, co Sampdoria może zrobić dla ciebie, lecz co ty możesz zrobić dla niej". Po czym kontynuował: "Mamy w kadrze 30 zawodników, którym niczego nigdy tu nie brakowało. Od dziś koniec z prywatą i roszczeniami. Nikt nie myśli o mercato, kontraktach, o swojej przeszłości albo przyszłości. Istnieje tylko teraźniejszość. Istnieje tylko Sampdoria i jej dobro". Mihajlović nie toleruje braku zaangażowania. Będąc selekcjonerem reprezentacji Serbii odsunął Adema Ljajicia, ponieważ ten nie śpiewał hymnu. Filarami Sampdorii Mihajlovicia jest dwójka kapitanów: Daniele Gastaldello i Angelo Palombo. Obaj towarzyszą trenerowi na każdej konferencji prasowej.

By odpowiedzieć na pytanie jak Sampdoria zmieniła się na boisku, należy zacząć od samego początku. Mihajlović porzucił system 3-5-2 na rzecz ustawienia 4-2-3-1. Serb nie jest zwolennikiem grania 3-osobową formacją obronną. Między słupkami nie doszło do zmiany: numerem jeden pozostał Angelo da Costa a jego zmiennikiem dalej był Vincenzo Fiorillo. Wykrystalizowała się stała linia defensywna, która zwykle składa się z Lorenzo De Silvestriego i Vasco Reginiego na bokach oraz duetu Gastaldello - Mustafi w środku. Ten ostatni wygrywa rywalizację z Andreą Costą. W odwodzie pozostaje również, rok młodszy od Mustafiego, Michele Fornasier (rok ur. 1993). Duet defensywnych pomocników najczęściej tworzyli Angelo Palombo (przesunięty ze środka obrony) i Nenad Krsticić, który po powrocie do zdrowia Pedro Obianga przesunięty został do linii trequartistów. Po jego prawej ręce występuje Manolo Gabbiadini. Były reprezentant Włoch U-21 wrócił zatem na pozycję, na której prezentował się najlepiej w Bolonii. Z lewej strony grał Eder, który - z racji kontuzji Maxi Lópeza - przesunięty został na pozycję środkowego napastnika. 

Co nowy trener oznacza dla Polaków? Paweł Wszołek korzysta na absencji argentyńskiego snajpera, która otwiera mu miejsce na lewej stronie. Wciąż jednak nie rozegrał pełnych 90'. 5 razy przesiedział mecz na ławce. W pozostałych 7 przypadkach wchodził z ławki lub był zmieniany w trakcie gry. Rywalizuje z Roberto Soriano i Birkirem Bjarnasonem. Sytuacja Bartosza Salamona po zmianie trenera jedynie się pogorszyła. Przejścia na 4-osobową linię defensywną oznacza, że miejsca dla środkowych obrońców jest jeszcze mniej. Na dwa wolne miejsca przed Polakiem jest pięciu do grania: Gastaldello, Mustafi, Costa, Fornasier i Regini, którego można przesunąć z lewej strony do środka.

wtorek, 18 lutego 2014

NA SARDYNII IDZIE NOWE

Zakup angielskiego Leeds United przez prezesa Massimo Cellino został ogłoszony już jakiś czas temu. Oficjalne potwierdzenie przyszło niedawno. Czy pochodzący z piemoncko-sardyński rodziny biznesman ma zamiar pójść w ślady Gino Pozzo - właściciela Udinese, który zdecydował się inwestować również w hiszpańską Granadę oraz angielski Watford? Nic bardziej mylnego. Cagliari zostanie sprzedane. Prasa donosi, że najbliżej przejęcia Rossoblù są szejkowie z Kataru, rodzina Al-Thani. 

Tifosi Cagliari (fot. resport.it)


Kim są? Jednymi z najbogatszych ludzi na świecie, władcami państwa Katar, których macki docierają nawet do świata futbolu. Reklama Qatar Foundation, gdzie szejk Hamad Bin Khalifa Al Thani jest jedną z kluczowych postaci, widnieje na trykotach meczowych Barcelony. Blisko związani są również z paryskimi szejkami. Właściwie powinienem odwrócić kolejność i napisać, że to raczej paryscy szejkowie blisko związani są z rodziną panującą w Katarze. Nasser Al-Khelaifi - prezes Paris Saint-Germain - swoją edukację pobierał bowiem w królewskich szkołach.

Dlaczego Sardynia? Dlaczego Cagliari? Dlaczego tak bogaci ludzie chcą inwestować swoje pieniądze na tej włoskiej wyspie w klub, który na swoim koncie ma raptem jedno Scudetto zdobyte w sezonie 1969-70 i więcej razy niż Serie A wygrywał rozgrywki Serie C1? Czy nie lepiej np. dać się porwać marzeniom i odbudować Grande Torino? Czy nie lepiej zainwestować w Bolognę, Genoę czy iść na całość i przywrócić włoskiej piłce mocne Pro Vercelli: aż siedmiokrotnego mistrza Italii? Spieszę z odpowiednią: nie, nie lepiej. Rodzina Al-Thani być może i pasjonuje się futbolem, tego nie wiem, lecz przede wszystkim robi biznes. Klub jest jedynie dodatkiem do innych inwestycji, o czym boleśnie przekonali się kibice hiszpańskiej Malagi. Pamiętają państwo ten przypadek, gdy bogaczom z Zatoki Perskiej nagle odwidziało się inwestowanie dużych pieniędzy w piłkę nożną? To teraz powiem państwu - to ta sama rodzina. Al-Thani chcieli inwestować na Costa del Sol, lecz niespecjalnie mogli dogadać się z władzami miasta Malaga. I właśnie to - nie nagły kaprys - było przyczyną zaprzestania pompowania pieniędzy w zespół z La Rosaleda. Przyczyny chęci kupna Cagliari Calcio od Cellino są identyczne. Kto trochę orientuje się we włoskich realiach, zdaje sobie sprawę, że na północy wyspy istnieje coś takiego jak Costa Smeralda - zagłębie obrzydliwie bogatych ludzi. Swoje posiadłości mają tam m.in. Flavio Briatore, Lele Mora czy Silvio Berlusconi. Vilal Certosa - należąca do tego ostatniego - warta jest 450 mln euro a były premier Włoch ma do dyspozycji chociażby ogromny luksusowy basen w grocie skalnej i sztuczny wulkan, którego erupcję można wywołać naciskając guzik. To właśnie w Villa Certosa Il Cavaliere przyjmował Władimira Putina czy Tony'ego Blaira. Napływ bogaczy na Sardynię zaczął się w roku 1962, gdy utworzono Consorzio Costa Smeralda - ciało, które zarządza terenami szmaragdowego wybrzeża i zamieniło je z miejsca praktycznie niezamieszkanego w zagłębie luksusu i rozpasania. W 2012 roku rodzina Al-Thani wykupiła konsorcjum za kwotę, bagatela, 750 mln euro. Czymże zatem jest 50 mln euro za 98% akcji klubu?

Włoscy dziennikarze ekscytują się w mediach. Być może na naszych oczach tworzony zostaje kolejny nowobogacki potwór pokroju PSG czy Manchesteru City. Do zbudowania zespołu na miarę Scudetto droga jednak daleka. Pierwsze z czym będą musieli zmierzyć się szejkowie Al-Thani to uporządkowanie kwestii stadionu. Oby byli w tym sprawniejsi niż prezes Cellino. Sardyńczycy to ludzie raczej średnio zamożni. Loty do Triestu, by zobaczyć swój zespół w akcji raczej mało komu się uśmiechają.

piątek, 3 stycznia 2014

ALLEGRI: "CECHY POMOCNIKÓW W TRZYOSOBOWEJ LINII POMOCY" (1)

Massimiliano Allegri niewątpliwie jest trenerem, który wzbudza wiele emocji. Szczególnie wśród sympatyków Milanu, którzy często zarzucają mu zbyt zachowawcze nastawienie, prowincjonalną mentalność i brak charakteru. Z drugiej strony Allegri ma na swoim koncie mistrzostwo, wicemistrzostwo Włoch oraz zajęte 3. miejsce w sezonie, w którym zarząd rozmontował mu szkielet zespołu. O pochodzącym z Livorno szkoleniowcu pochlebnie wypowiadają się również najważniejsi włoscy trenerzy ostatnich lat z Fabio Capello, Cesare Prandellim i Marcello Lippim na czele. Po cichu mówi się, że Allegri miałby objąć stanowisko selekcjonera po Mistrzostwach Świata w Brazylii. Jaka jest zatem prawda o obecnym opiekunie Milanu: prowincjonalny rzemieślnik czy czołowy włoski fachowiec umiejący pracować w każdych warunkach? Kluczem do tego może być lepsze poznanie filozofii gry Massimiliano Allegriego. Dlatego też oddaję w ręce czytelników tłumaczenie pracy dyplomowej w/w ze szkoły trenerskiej w Coverciano, które w języku włoskim dostępne jest na stronie sektora technicznego włoskiej federacji. Ze względu na to, że blog z gumy nie jest, dzielę tłumaczenie na części. Poniżej część pierwsza.

Massimiliano Allegri - pierwszy z prawej (fot. flckr.com)


1. WPROWADZENIE

We współczesnym futbolu używa się wielu różnych systemów gry, biorąc pod uwagę cechy fizyczne, techniczne oraz mentalne piłkarzy, których trener ma do dyspozycji.
Pokażę kilka systemów opartych o rolę pomocników, lecz nie będę się rozwlekał nad tymi, stosowanymi w zależności od charakterystyk przeciwnika. Zajęłoby to bowiem zbyt dużo miejsca oraz odwiodłoby od zadania, które sobie postawiłem.
Ostatnio zakończony sezon piłkarski (2004/05) był moim drugim doświadczeniem w roli trenera. Musiałem zmierzyć się z problemem dotyczącym wyboru systemu gry, nie znając cech poszczególnych zawodników, których klub – SPAL – oddał do mojej dyspozycji. Do zespołu dołączyłem bowiem zaledwie dzień przed wyjazdem na zgrupowanie. Musiałem zatem poświęcić trochę czasu, by wybrać system gry, który będę stosował, by jak najlepiej wykorzystać umiejętności poszczególnych graczy. Początkowo myślałem o zastosowaniu 4-4-2: systemu, który zapewnia przynajmniej dobrą organizację gry obronnej. Później, z powodu wąskiej kadry oraz różnych kontuzji, przeszedłem do stosowania 4-3-3 (patrz Fig.1 poniżej)

Fig. 1


Pierwsze osiem spotkań rozegraliśmy stosując ten system. Następnie zmieniłem ustawienie pomocników: zamiast grać nisko ustawionym rozgrywającym nr 4 (patrz Fig. 1), odwróciłem trójkąt w środku pola i ustawiłem zespół z dwoma środkowymi pomocnikami i wysuniętym rozgrywającym (patrz Fig. 2), utrzymując zawsze dwóch bocznych i jednego środkowego gracza w ataku oraz czwórkę defensorów:

Fig. 2


2. CECHY POMOCNIKÓW

Kolejno: piłka, zawodnik, przeciwnik, ruch piłki, ruch zawodnika bez piłki, prowadzenie piłki, kolejność podań


Cechy taktyczne oraz techniczne trójki pomocników muszą być różne w zależności od tego, czy wybiera się grę z pomocnikiem nr 4 ustawionym przed linią obrony i dwójką środkowych nr 8 i nr 10 (Fig. 1) lub z dwójką środkowych nr 8 i nr 4 przed czwórką obrońców oraz trequartistą przed dwójką środkowych pomocników (Fig. 2).
Zacznę od omówienia cech poszczególnych zawodników (pomocników), by przejść później do przedstawienia wad i zalet, które napotyka się, gdy drużyna jest lub nie jest w posiadaniu piłki.

2.1 Trójkąt z wierzchołkiem ustawionym nisko

Zobaczmy, jakie cechy muszą posiadać zawodnicy, gdy drużyna gra z nisko ustawionym wierzchołkiem.

Fig. 3

Idealny pomocnik grający przed linią obrony (nr 4, "reżyser") powinien przedewszystkim cechować się:
  • wielką charyzmą, by jak najlepiej dowodzić dwójką środkowych pomocników nr 8 i nr 4 oraz trójką graczy w ataku nr 7, nr 9 i nr 11, gdy drużyna nie jest w posiadaniu piłki
Przykład:
Gdy przeciwnik rozpoczyna budowanie akcji, "reżyser" (nr 4) musi decydować o momencie wyjścia bocznych napastników (nr 7 i nr 11) oraz dwójki środkowych pomocników (nr 8 i nr 10) skracając pole gry poprzez wyjście do przodu; w tym samym czasie nr 9 odcina drogę podania od D do C.

Fig. 4


Ważne: gdy nasza drużyna kończy akcję, cofnięty "reżyser" ma za zadanie natychmiast przywołać dwójkę pomocników oraz tercet napastników do zajęcia właściwych pozycji, by móc zorganizować odbiór piłki.

W przypadku, gdy trzej napastnicy zostają wykluczeni z fazy odbioru piłki, zachowanie trójki pomocników i czwórki obrońców powinno być następujące:
  1. nie dać się minąć, lecz spowalniać akcję przeciwnika cofając się
  2. Nr 8 podchodzi pod 3, nr 4 zajmuje miejsce nr 8 a nr 10, obniżając swoje położenie, przesuwa się w kierunku środka
Fig. 5

W sytuacji, w której trzeba bronić się sześcioma zawodnikami przeciwko akcji prowadzonej środkiem, należy:
  1. nie dać się minąć, lecz spowalniać akcję przeciwnika
  2. "reżyser" nr 4 stara się ograniczyć czas i miejsce zawodnikowi z piłką A oraz przywołując nr 8, by ten dał mu wsparcie i asekurował go, gdy kwartet obrońców z tyłu pozostaje ustawiony wąsko:
Fig. 6


"Reżyser" (nr 4) powinien ponadto charakteryzować się:
  • dobrą techniką, by móc regulować tempo gry
  • świetnym wyczuciem pozycji (zmysłem taktycznym), by móc zawsze pokazywać się do gry i być punktem odniesienia dla kolegów z zespołu
  • świetnym długim i celnym podaniem zarówno by móc natychmiastowo przeprowadzić zespół z fazy defensywnej do ofensywy (kontratak), jak i po to, by móc zmienić stronę gry poprzez przerzut na drugie skrzydło, gdy zespół jest naciskany w ataku pozycyjnym
Musi również potrafić zagrać prostopadłą piłkę i nie może nigdy tracić pozycji poprzez złe ustawienie, gdyż w fazie defensywnej może on ubezpieczać czwórkę defensorów, próbując zatrzymać zagrania przeciwnika (przechwyt podań).

Fig. 7

Ogromny zmysł taktyczny wydaje się zatem kluczowy dla zawodnika pełniącego tę rolę. Jego wejścia ofensywne podczas meczów będą rzadkie i dobrze przemyślane. Wszystko to, by nie pozostawiać środkowej strefy boiska niezabezpieczonej. Musi on zapewnić równowagę drużynie w najbardziej newralgicznej części boiska.

W odróżnieniu od "reżysera", dwójka środkowych pomocników (nr 8 i nr 10) musi charakteryzować się wybieganiem i dobrą kondycją. Głównie dlatego, że gdy zespół gra z jednym środkowym napastnikiem i dwoma bocznymi, wymaga się od środkowych pomocników częstych wejść ofensywnych bez piłki.
Wejścia ofensywne w różnych wariantach gry w ataku są kluczowe dla wypracowania sobie okazji do strzału z dystansu lub dla zakończenia akcji za pomocą ewentualnych zagrań kombinacyjnych skonstruowanych po drugiej stronie boiska (np. Dośrodkowanie).

Zazwyczaj jeden tej dwójki (przyjęło się, że jest to nr 10) musi cechować się:
  • umiejętnością stworzenia przewagi liczebnej za pomocą dryblingu
  • umiejętnością tzw. ostatniego podania
  • dobrym strzałem z dystansu
  • umiejętnością zagrania prostopadłej piłki tak, by uruchomić któregoś z trójki napastników
W odróżnieniu od nr 10, nr 8 musi cechować się:
  • lepszymi umiejętnościami taktycznymi
  • w większym stopniu pomagać kolegom z formacji
  • więcej pracować, gdy drużyna nie jest w posiadaniu piłki
  • pomagać "reżyserowi" (nr 4) w zapewnieniu równowagi w środku pola i w odbiorze piłki

Nawet jeśli nr 8 technicznie nie jest tak zaawansowany jak nr 10, musi umieć podłączyć się do akcji ofensywnej, by ewentualnie zakończyć akcję (strzał z dystansu). Nr 8 musi również być silny fizycznie oraz dobrze grać głową, by móc wygrywać pojedynki powietrzne.

(...)

niedziela, 20 października 2013

CATANIA: ROLANDO MARAN ZWOLNIONY

20 października 2013 roku poleciała głowa Rolando Marana. Szkoleniowiec pochodzący z Rovereto, w regionie Trydent-Górna Adyga, stracił stanowisko opiekuna piłkarskiego zespołu z Katanii po słabym początku sezonu. Dzień po porażce 1:2 na Sardynii z Cagliari. Zostawia Catanię na 17. miejscu - ostatnim gwarantującym utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. W ośmiu meczach piłkarze spod Etny zanotowali raptem jedno zwycięstwo, dwa remisy i aż pięć porażek. Bilans bramkowy: 6-13 też nie jest dla nich korzystny.

Stadion im. Angelo Massimino w Katanii (fot. ilcalciocatania.it)

Catania nie należy do możnych włoskiego futbolu. Klub jest raczej biedny, co nie przeszkadza mu konsekwentnie urywać punkty większym i bogatszym ekipom. Dzięki mądremu zarządzaniu - nawet przy niedużym nakładzie finansowym - na Sycylii co roku udaje się skonstruować drużynę, która jest w stanie zagrozić w bezpośrednim starciu każdemu w lidze, zagwarantować sobie utrzymanie w Serie A oraz prezentować jednocześnie całkiem przyjemny dla oka futbol. Catania jest znana jako jedna z największych argentyńskich kolonii w Europie. Prezes Antonino Pulvirenti i jego współpracownicy regularnie ściągają na włoską wyspę kolejnych wykolejeńców - Maxi Lópeza, który po przygodzie w Barcelonie szukał szczęścia m.in. w Moskwie i Porto Alegre, Pablo Barrientosa, który przez pewien czas był klubowym kolegą Maxiego w FK Moskwa, Gonzalo Bergessio, któremu nie udało się podbić ani Portugalii ani Francji, Sebastiana Leto, który w swoim cv ma takie kluby, jak Liverpool i Panathinaikos czy Fabio Monzóna, którego Catania ściągnęła z Olympique Lyonnais. Do tego w klubie grali (lub grają), znalezieni w Argentynie dzięki znajomości tamtejeszego rynku, Alejandro Gómez czy Mariano Andújar. Pod Etną mają też nosa do trenerów. To tutaj na szerokie wody wypłynęli tacy ludzie jak Diego Simeone czy Vincenzo Montella. Angaż w bogatszych klubach, po pracy w ekipie ze stadionu imienia Angelo Massimino, dostali też Walter Zenga, którego skusiło Palermo oraz Sinisa Mihajlović, po którego sięgnęła Fiorentina. 

Nieprzypadkowy był również wybór Rolando Marana na stanowisko opiekuna Rossazzurrich. Pulvirenti sprowadził go z małego lombardzkiego klubu - Varese, z którym w rozgrywkach Serie B zajął 5. miejsce i zakwalifikował się do fazy play-off. Biancorossi doszli wówczas do finału, gdzie musieli jednak uznać wyższość Sampdorii, która awansowała do Serie A. Mimo porażki w decydującym momencie, dokonania Marana i tak przyjęte zostały jako miła niespodzianka. W Catanii spisał się jeszcze lepiej. W sezonie 2012/13 zajął z sycylijskim zespołem 8. miejsce, plasując się w tabeli wyżej od Interu. 56 punktów wywalczone wówczas przez Etnei stanowią klubowy rekord. Należałoby zatem postawić pytanie o przyczyny tak słabego startu w obecnym sezonie. Czy spowodowane jest to indolencją trenera Rolando Marana? Czy też może sprzedażą dwóch największych gwiazd, Alejandro Gómeza i Francesco Lodiego, którzy nie zostali zastąpieni przez równie wartościowych graczy? Tym bardziej jestem zaskoczony zwolnieniem byłego opiekuna Varese, że jego następcą został Luigi De Canio. Człowiek, o którym trudno powiedzieć coś ponad to, że co jakiś czas pojawia się na ławce zespołów z dołu tabeli i równie szybko stamtąd znika. 

niedziela, 13 października 2013

SQUADRA AZZURRA: DANIA 2-2 WŁOCHY

Pisząc o meczu na Parken zacząć muszę od erraty. Jak słusznie zauważył czytelnik bloga, Patryk Kubik, na fejsbukowym fanpejdżu - Giorgio Chiellini został powołany przez Prandellego. Błąd spowodowany jest listą, którą brałem od włoskiego portalu tuttonazionali.it, który wśród powołanych nie uwzględniał defensora Juventusu. Chiellini w kadrze był i z Danią rozegrał pełne 90'. Przepraszam za wprowadzenie w błąd.

Cesare Prandelli ustawił swój zespół - do czego nas przyzwyczaił w ostatnim czasie - w systemie 4-3-2-1. W bramce stanął, oczywiście, Gianluigi Buffon, dla którego konfrontacja w Kopenhadze była 137. meczem w kadrze narodowej. Selekcjoner - jak można było się spodziewać - wykorzystał pozostające do rozegrania mecze eliminacyjne do potwierdzenia przydatności dla kadry niektórych graczy drugiego garnituru. Dlatego też na prawej stronie defensywy zagrał Lorenzo De Silvestri z Sampdorii. W środku, wspomnianemu już przeze mnie wcześniej, Chielliniemu partnerował Andrea Ranocchia z Interu. Z lewej strony Prandelli postawił na, ofensywnie usposobionego, Federico Balzarettiego. W podstawowym składzie zabrakło miejsca dla Andrei Pirlo, nie było też innego reżysera gry - Marco Verrattiego. Selekcjoner postawił za to na klubowego kolegę tego ostatniego - Thiago Mottę, którego uzupełniali Riccardo Montolivo i Claudio Marchisio. W roli trequartistów ustawieni zostali Antonio Candreva oraz Alessandro Diamanti, którzy za zadanie mieli wspomagać Daniela Pablo Osvaldo ustawionego na szpicy.

Wyszło średnio, żeby nie powiedzieć słabo. Nie pierwszy już zresztą raz. Nie ukrywam zaniepokojenia faktem, że Prandelli uparł się na grę 4-3-2-1 i nie wyciąga wniosków. Italia tak ustawiona jest w stanie wybijać rywalowi atuty z ręki, lecz jednocześnie sama nie potrafi prowadzić gry. Rozumiem jednak, że ma to być ustawienie szykowane pod konkretny turniej, Mistrzostwa Świata. Moje zmartwienie nie maleje. Puchar Konfederacji był próbą generalną a Squadra Azzurra ten test, w moim przekonaniu, oblała. Owszem, zajęła 3. miejsce i zagrała porywający mecz z Hiszpanią, ale też miała ogromne problemy z Meksykiem, miała problemy z Japonią, została ograna przez Canarinhos a wreszcie tylko zremisowała z Urugwajem. Brak było błysku, polotu w grze, który cechował tę drużynę podczas europejskiego czempionatu w Polsce i na Ukrainie. Prandelli po meczu z Danią w rozmowie z Alessandro Antinellim dla telewizji RAI podkreślał, że ta drużyna jest skora do zasypiania i jest bardzo wrażliwa na ciosy rywali, gdy nie skupia się na posiadaniu piłki. Oczywiście 4-3-2-1 to tylko umowne ustawienie na papierze i nadal wiele zależy od graczy, którzy przebywają na murawie, od ich interpretacji danych ról, ale zauważam pewną zbieżność z trudnościami w prowadzeniu gry z zastosowaniem systemu 4-3-2-1. W meczu z Danią zresztą przeszło to w klasyczne 4-4-2 z Pablo Osvaldo z Alino Diamantim z przodu, Candrevą i Marchisio po bokach i Montolivo z Mottą w środku.

Mecz z Danią miał być okazją do przejrzenia zaplecza. Jak to wypadło w praktyce? Którzy gracze potwierdzili swoją przydatność dla La Nazionale? Którzy zawiedli?

Najwięcej twarzy z drugiego szeregu było w obronie. Przede wszystkim do udanych meczu nie może zaliczyć Federico Balzaretti. Obrońca Giallorossich potwierdził to, co już wiedzieliśmy - że jego głównym mankamentem jest gra w defensywie. Jego słabości na Ennio Tardini podczas meczu z Parmą potrafili obnażyć Mattia Cassani z Jonathanem Biabianym a w piątek zrobił to Nicklas Bendtner. Duńczyk dwukrotnie wpisał się na listę strzelców po wygranych pojedynkach powietrznych z Balzarettim. Nie zdziwię się, jeśli gracz Giallorossich na Mundial nie pojedzie. Coraz głośniej bowiem mówi się o powrocie do Squadra Azzurra defensora Zenitu - Domenico Criscito. Ponadto w poprzednich meczach bezbłędnie w defensywie spisywał się Luca Antonelli z Genoi, a nie należy zapominać o tym, że w przyszłym tygodniu do grania wróci też Mattia De Sciglio. Balzaretti dwoma golami Bendtnera na koncie sam utrudnił sobie sytuację.

Patrząc na to, jak gra Andrea Ranocchia, nie sądzę, by mógł powalczyć o coś innego niż wygryzienie Davide Astoriego z roli opcji nr 4 (5?) na pozycji środkowego obrońcy. O ile defensywa Interu jako blok prezentuje się całkiem przyzwoicie, o tyle już do samego Ranocchii można (i należy) mieć pretensje. Jak pisałem przy okazji meczu Interu z Romą - zdarzają mu się tak proste błędy indywidualne, że człowiek łapie się za głowę. Stoper Nerazzurrich ma naprawdę duże problemy z wyprowadzaniem piłki. Za konkurentów mając Leonardo Bonucciego, Giorgio Chielliniego - czyli mistrzów w tym fachu - oraz solidnego Barzagliego, nie ma mowy o czymś więcej niż bycie czwartym wyborem selekcjonera. Problemem dla niego może być to, że również Daniele De Rossi może być przesuwany na środek obrony.

Z pewnością swoje szanse na wyjazd do Brazylii zwiększył Thiago Motta. Rozegrał bardzo dobre spotkanie. Ciężko pracował w odbiorze i asekurował środkowych obrońców. Ponadto pokazał, że nie jest jedynie topornym przecinakiem, ale potrafi również zagrać celną długą piłkę. Takich prób pomocnik PSG miał kilka - jedna z nich zaowocowała golem Daniela Pablo Osvaldo. Motta zakończył mecz z wysoką notą oraz asystą. 

Z dobrej strony zaprezentował się również Alessandro Diamanti. As Bologny to jeden z najbardziej kreatywnych graczy w talii Cesare Prandellego. Zazwyczaj nie była to postać pierwszoplanowa w reprezentacji i selekcjoner wykorzystywał go jako jokera, który ma odmienić obraz gry w trakcie meczu. Nie ma się czemu dziwić - Alino ma świetnie ułożoną lewą stopę. Proszę sobie przypomnieć mecz z Argentyną w Rzymie, gdzie rozruszał poczynania ofensywne Azzurrich. Nie boi się pokazać do gry, chętnie bierze piłkę od kolegów, rzadko notuje straty, potrafi ją przytrzymać i wymusić stały fragment gry. Jego podanie do Marchisio (który tę patelnię spaprał w sposób haniebny!) to kwintesencja gry Diamantiego. Szkoda, że w piątek niespecjalnie miał z kim grać. Candreva ustawiony z prawej strony miał dużo zadań defensywnych, dwójka środkowych pomocników też ustawiona była dość nisko a Claudio Marchisio miał za zadanie blokować prawą stronę Duńczyków.

Pozostaje czekać na spotkanie z Armenią w Neapolu. Wciąż nie doczekaliśmy się bowiem powrotu Giuseppe Rossiego. Liczę również, że do tego czasu wykuruje się, chory, Mario Balotelli. Ciekaw też jestem postawy tak interesujących graczy jak Manuel Pasqual czy Andrea Poli. Tylko niechże pan zagra odważniej, panie Prandelli.

piątek, 11 października 2013

SQUADRA AZZURRA: POWOŁANIA NA PAŹDZIERNIKOWE MECZE

Ostatnio dużo się działo. Roma rozniosła Inter na jego terenie 3-0, Milan po raz kolejny zagrał kompromitująco i uległ Juventusowi w Turynie 2-3 a na Stadio Ennio Terdini w Parmie swój dzień miał Antonio Cassano, który przeciwko Sassuolo dwukrotnie asystował przy golach kolegów i raz sam wpisał się na listę strzelców. Wcześniej mieliśmy również 2. kolejkę Champions League i wpadki włoskich drużyn - remisy Juventusu i Milanu z niżej notowanymi rywalami (Galatasaray oraz Ajaxem) a także porażkę Napoli na Emirates Stadium w Londynie. Niestety, moja doba nie jest z gumy. Obowiązki związane z uczelnią oraz pracą znacznie zmniejszyły częstotliwość wpisów na blogu, lecz nie spowodowały całkowitego zaniku publikowania. 

Nie sposób nie wspomnieć choćby słowem o październikowych meczach w ramach eliminacji do brazylijskiego Mondiale. Azzurri zmierzą się na wyjeździe z Danią (11 października), by następnie w Neapolu na stadionie im. św. Pawła podjąć reprezentację Armenii (15 października). Ze względu na to, że Squadra Azzurra zapewniła już sobie prawo udziału w Mistrzostwach Świata, mecze te będą okazją dla Prandellego do eksperymentów. Poniżej zamieszczam nazwiska powołanych przez selekcjonera.

PORTIERI
Gianluigi Buffon (Juventus), Federico Marchetti (Lazio), Salvatore Sirigu (PSG);

DIFENSORI
Ignazio Abate (Milan), Davide Astori (Cagliari), Federico Balzaretti (Roma), Leonardo Bonucci (Juventus), Lorenzo De Silvestri (Sampdoria), Manuel Pasqual (Fiorentina), Andrea Ranocchia (Inter)

CENTROCAMPISTI
Alberto Aquilani (Fiorentina), Antonio Candreva (Lazio), Daniele De Rossi (Roma), Alessandro Diamanti (Bologna), Alessandro Florenzi (Roma), Emanuele Giaccherini (Sunderland), Claudio Marchisio (Juventus), Riccardo Montolivo (Milan), Andrea Pirlo (Juventus), Andrea Poli (Milan), Thiago Motta (PSG), Marco Verratti (PSG);

ATTACANTI
Mario Balotelli (Milan), Alessio Cerci (Torino), Alberto Gilardino (Genoa), Lorenzo Insigne (Napoli), Pablo Daniel Osvaldo (Southampton), Giuseppe Rossi (Fiorentina).

Cesare Prandelli zdaje się robić przegląd kadr, szczególnie w obronie. Selekcjoner musi sobie radzić bez kontuzjowanego Mattii De Sciglio. W kadrze na Danię i Armenię nie znaleźli się również Luca Antonelli oraz - przede wszystkim - Giorgio Chiellini oraz Andrea Barzagli. Brak też Angelo Ogbonny, który w Juventusie jest zaledwie rezerwowym. Mamy dwa stosunkowo nowe nazwiska na lewej stronie. Piszę stosunkowo, gdyż obaj są zawodnikami doświadczonymi, którzy w La Nazionale już w przeszłości grywali. Pierwszym z tej dwójki jest Federico Balzaretti, którego forma cały czas idzie w górę i zdaje się stabilizować na wysokim poziomie. Prandelli dostrzegł również dobrą dyspozycję Manuela Pasquala, który kolejny rok jest filarem Fiorentiny. O ile lewi defensorzy gwarantują pewność, nie można już tego powiedzieć o środkowych. Znów w kadrze jest "wieczny talent" - Andrea Ranocchia. Inter pod wodzą Mazzarriego gra naprawdę dobry, uporządkowany futbol i trzeba oddać byłemu szkoleniowcowi Napoli, że ustabilizował sytuację, mocno rozchwianej za Stramaccioniego, defensywy. Ranocchii zdarzają się jednak nadal błędy tak kuriozalne, że gdy się to ogląda, nie sposób nie złapać się za głowę. To, co wyprawiał w meczu z Romą - absolutny kosmos.

Kilka zmian również w drugiej linii. Przede wszystkim wraca Alessandro Florenzi (Prandelli docenia świetny start Giallorossich jak widać) oraz Andrea Poli - chyba jedyny (może obok Nigela De Jonga) gracz Milanu, do którego nie można mieć pretensji. Ciekaw jestem, jak selekcjoner zagospodaruje Florenziego. Czy będzie go widział w roli środkowego pomocnika (osobiście wolę ten wariant), czy też może wykorzysta pomysł Rudiego Garcii, który w klubie wystawia go na boku ataku w systemie 4-3-3. Nie podejmuję się zabawy w zgadywanie, gdyż trudno mi powiedzieć, jaki pomysł na grę ma w głowie Prandelli. Ostatnimi czasy było to 4-3-2-1, które pozwalało Azzurrim neutralizować atuty rywala, lecz jednocześnie krępowało kreowanie gry.

W kontekście linii ataku najbardziej cieszy mnie powrót do La Nazionale Giuseppe Rossiego. Pepito do Florencji zawitał już zimą, lecz wzmocnił klub na boisku dopiero od tego sezonu. Początek ma bardzo dobry, jest absolutnym liderem Violi i jej najlepszym strzelcem. Rossi latem pozostawał nieco w cieniu transferu Mario Gómeza, lecz jeśli spojrzeć prawdzie w oczy - były napastnik Villarreal znaczy dla Fiorentiny o wiele więcej i byłby trudniejszy do zastąpienia.

Jeszcze niedawno był problem z obsadą ataku. Ostatnio wielu znakomitych atakujących wskoczyło na wysokie obroty. We Włoszech zrodziła się dyskusja na temat tego, czy nie warto by odkurzyć Francesco Tottiego, który jest kapitanem, motorem napędowym i najlepszym zawodnikiem lidera ligi. Prandelli Il Capitano nie powołał, ale zastrzegł, że jeśli w maju sytuacja nie ulegnie zmianie i dalej będzie wyglądała tak dobrze, nie będzie miał innego wyjścia - powoła Tottiego na Mistrzostwa Świata. Czego sobie i Państwu życzę, bo to fenomenalny piłkarz.

poniedziałek, 30 września 2013

SERIE A: TORINO 0-1 JUVENTUS

Turyńskie derby widowiskiem były nawet nie średnim a zwyczajnie słabym. Juventus zagrał na pół gwizdka, Torino zaś tak, jakby nie śmiało nawet marzyć o zwycięstwie, zadowalając się brakiem kompromitacji. Właśnie dlatego Derby della Mole nie są, delikatnie rzecz ujmując, moimi ulubionymi derbami. Zwycięstwo dla Juventusu w tym meczu nie jest żadną nobilitacją, nikt się tym specjalnie nie podnieca. Niby derby a tak naprawdę kolejny mecz ligowy. Dysproporcja w sile obu klubów jest zbyt duża, by mówić o jakiejkolwiek rywalizacji. Torino i Juventus - przy całym moim szacunku i sympatii do Granaty - nie grają w tej samej lidze. Ktoś powie - no dobrze, ale był przecież czas, gdy np. Inter był w dołku, a Derby d'Italia budziły ogromne emocje. Ok, zgoda. Tylko gdy Inter jest w dołku, to dalej jest pewna rywalizacja o te same cele (Scudetto, europuchary) i wiadomym jest, że Nerazzurri za chwilę wrócą do bycia zagrożeniem dla Juve. Toro jeszcze długo rywalem nie będzie niestety.

Zanim przejdę do spraw stricte futbolowych warto jeszcze sobie powiedzieć jedną rzecz - dlaczego Derby della Mole? Skąd nazwa? Jeśli doświadczenie, gdy idzie o nazwy meczów derbowych, podpowiada Państwu, że warto przejrzeć listę zabytków w Turynie - trafili Państwo w dziesiątkę. Chodzi oczywiście o XIX-wieczną Mole Antonelliana - perełkę i jednocześnie symbol Turynu. Budynek został oddany do użytku 10 kwietnia 1889 roku (budowano go od roku 1863) i stał się siedzibą Narodowego Muzeum Zjednoczenia Włoch. Muzeum to zostało później przeniesione do Palazzo Carignano (który okazał się za mały dla parlamentu, nowo powstałego, państwa włoskiego) a w Mole Antonelliana znajduje się obecnie Narodowe Muzeum Kina - notabene jedno z najczęściej odwiedzanych muzeów Starego Kontynentu. 

Jeśli zaś idzie o sam mecz, warto byłoby przyjrzeć się składom. Torino, którego trenerem jest Giampiero Ventura, wyszło na murawę w systemie 3-5-2. Między słupkami stanął Daniele Padelli. W obronie zabrakło miejsca dla Cesare Bovo. W jego miejsce zagrał Guillermo Rodriguez, któremu partnerowali Emiliano Morretti oraz, kapitan Toro, Kamil Glik. Na bokach: wychowanek Milanu, Matteo Darmian z prawej oraz - bardzo chwalony w tym sezonie (przebąkuje się nawet w mediach o powołaniu do kadry) - Danilo D'Ambrosio. Trójkę środkowych pomocników stanowili Brighi-Vives-El Kaddouri, w ataku zaś wystąpił duet Ciro Immobile-Alessio Cerci.

W Juventusie zabrakło miejsca dla Andrei Pirlo w wyjściowym składzie. Media oczywiście podchwyciły temat i zaczęły się spekulacje, że było to pokłosie jego nieeleganckiego zachowania, gdy zmieniony przez Antonio Conte. Miejsce Pirlo zajął, powracający do zdrowia po kontuzji, Claudio Marchisio a środek pomocy uzupełniał Arturo Vidal. Na bokach najmocniejszy zestaw - Lichsteiner i Asamoah. O ile w obronie Conte postawił na sprawdzone trio Barzagli-Bonucci-Chiellini, o tyle w ataku dość niespodziewanie pojawił się Sebastian Giovinco, któremu partnerował Carlos Tevez. W bramce oczywiście Gigi Buffon.

Sam mecz, jak już napisałem na początku, był widowiskiem marnym. Juventus zagrał tak samo, jak w Weronie - wolno, ślamazarnie i bez pomysłu. Naprawdę kiepsko wyglądała druga linia Bianconerich. Anonimowy występ zarówno Marchisio jak i Vidala. Lepiej od nich zagrał Pogba, choć bez wsparcia reszty drużyny jego wysiłki nie na wiele się zdawały. I to właśnie Francuz strzelił gola, który pogrążył Torino. Sęk w tym, że był to gol zdobyty nieprawidłowo. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego i strąceniu piłki głową, na spalonym był Tevez, którego strzał w poprzeczkę dobijał Pogba. Oczywiście teraz w mediach zacznie się jazda o arbitrach pomagających Juve a z kolei kolejne osoby z obozu Bianconerich będą wytaczać coraz bardziej kretyńskie "argumenty" trochę na zasadzie "a u was biją murzynów". Zatem nie zdziwcie się Państwo, gdy usłyszycie, że "a przecież Milanowi dyktują tyle karnych" albo "a Inter to był umoczony jeszcze bardziej w calciopoli". Choć Conte zaraz po meczu działa wytoczył najlżejsze - że Immobile powinien był zostać wyrzucony za faul na Tevezie. Klasyczne "a u was biją murzynów". Klasyczny Conte.

A Torino? Trudno stworzyć jakiekolwiek zagrożenie pod bramką rywala, jeśli się atakuje samym Cercim. Bardzo słabo zagrał Immobile, kompletnie żadnego wsparcia nie dawała linia pomocy i efekt tego mamy. Szkoda, bo Juve myślami było już przy meczu z Galatasaray, w dodatku w średniej formie (co pokazało Chievo) i przy odrobinie odwagi - a Torino miało proponować w tym sezonie odważniejszą i atrakcyjniejszą grę - można było Bianconerich ograć. Ventura jest winien sam sobie, choć żeby być uczciwym trzeba przyznać jedno - w trakcie meczu nie miał na ławce nikogo, kto mógłby zmienić obraz gry Granaty.

czwartek, 26 września 2013

SERIE A: CHIEVO 1-2 JUVENTUS

Gdyby ktoś jeszcze niedawno powiedział mi, że będę się świetnie bawić oglądając mecz Chievo, ba, że będę za nich ściskać kciuki i rozczaruje mnie nieuznany dla nich gol, wziąłbym go za wariata. A jednak, tak właśnie było i mój stosunek do mniej popularnego zespołu z Werony zmienił się dość radykalnie. Mussi volanti (Latające Osły) zawdzięczają ambitnej grze oraz, co ważniejsze, dobrym futbolem. Naprawdę mogą sobie pluć w brody, że nie zdołali wywalczyć choćby jednego punktu.

Giuseppe Sannino, opiekun Chievo, ciągle nie może znaleźć optymalnego zestawienia. Przeciwko Bianconerim, trener gospodarzy przestawił swój zespół z gry 4-4-2 na system 3-5-2. Jeśli idzie o personalia, również mieliśmy kilka korekt. W bramce pozostał Puggioni. W obronie Sannino postawił na trio Claiton, Bernardini, Cesar. W rolę wahadłowych wcielili się Gennaro Sardo i Boukary Dramè. Do środka pomocy przestawiony został skrzydłowy z Paragwaju - Marcelo Estigarribia, któremu towarzyszył kapitan (tego wieczoru)  Chievo, Luca Rigoni oraz Simone Bentivoglio. W ataku zabrakło strzelca gola z meczu przeciwko Udinese i symbolu zespołu ze Stadio Marcantonio Bentegodi, Sergio Pellissiera. W jego miejsce zagrał Cyril Théréau, któremu partnerował wychowanek Milanu i niedoszły następca Filippo Inzaghiego - Alberto Paloschi.

Również Juventus przystępował do tego meczu solidnie przemeblowany. Antonio Conte w perspektywie ma derbowy mecz z Torino oraz konfrontację w ramach Champions League. La vecchia signora w Weronie grała bez sześciu podstawowych zawodników. W bramce - Gianluigi Buffon. W obronie zabrakło Leonardo Bonucciego, którego zastępował Angelo Ogbonna. Jego partnerami byli Chiellini i Barzagli. W pomocy zabrakło fenomenalnego Arturo Vidala. Andrei Pirlo i Paulowi Pogbie partnerował, wracający po kontuzji, Claudio Marchisio. Wolne dostali też dwaj wahadłowi - Kwadwo Asamoah i Stephan Lichtsteiner. Ich miejsce zajęli odpowiednio: Federico Peluso oraz Mauricio Isla. W ataku zamiast Mirko Vucinicia i Carlosa Teveza, tandem Llorente - Quagliarella.

Wydawało się, że dla Juve najtrudniejszym zadaniem będzie napoczęcie, głęboko ustawionego w defensywie, zespołu gospodarzy i później pójdzie już z górki. Mało kto pewnie przypuszczał jednak, że Chievo będzie niewygodne nie tylko dlatego, że broni dużą ilością graczy i skutecznie utrudnia grę w ofensywie, ale również będzie w stanie zagrozić mistrzowi Włoch. Tymczasem Mussi volanti kontrowały Juventus dość konsekwentnie. Przy czym warte zaznaczenia jest, że nie były to chaotyczne i nieprzemyślane ataki. Chievo swoje akcje przeprowadzało dużą liczbą piłkarzy, wykorzystując ofensywnie grających, szybkich wahadłowych - Sardo i Dramè, wejścia Bentivoglio oraz, oczywiście, duet napastników Théréau - Paloschi.

Dla Juventusu pierwsza połowa była stracona. Grali wolno i ślamazarnie, kompletnie nie przekładając posiadania piłki na sytuacje podbramkowe. Mieli duże trudności z rozklepaniem szczelnej defensywy gospodarzy. Poniżej swojego poziomu zagrali właściwie wszyscy poza - będącym w morderczej formie na początku sezonu - Paulem Pogbą oraz (w nieco mniejszym jednak stopniu) Fabio Quagliarellą. Francuski pomocnik po zaledwie roku gry w Turynie rozwinął się niesamowicie i jest pomocnikiem niemal kompletnym. Świetne zawody zakończył z dwoma asystami na koncie. Quagliarella zrobił to, co do niego należało - strzelił gola na 1-1, ale plus przy jego nazwisku zapisałbym nie tylko z tego powodu. To on był najgroźniejszym zawodnikiem Juventusu, sprawiając kłopot obronie Chievo. Kompletnie rozczarowali za to Marchisio, Isla, Llorente oraz Buffon, który sprezentował rywalom pierwszego gola a i przy nieuznanej bramce Alberto Paloschiego popełnił błąd. Na jego szczęście asystent sędziego pomylił się i podniósł chorągiewkę, sygnalizując spalonego. I to właśnie nieuznany gol jest, według mnie, kluczowym momentem tego meczu. Przy wyniku 1-1 Chievo trafiło do siatki, lecz odgwizdano spalonego. Sęk w tym, że na spalonym znajdował się, niebiorący udziału w tej akcji, Cyril Théréau. Podcięło to skrzydła Clivensim, którzy ostatecznie mecz przegrali.

wtorek, 24 września 2013

SERIE A: ROMA 2-0 LAZIO

Po stołecznych derbach w gazetach królowały nagłówki "Roma è giallorossa" (Rzym jest żółto-czerwony). Lazio w końcu uległo, niepokonane w derbach przez pięć kolejnych spotkań. Ostatnie zwycięstwo Romy datowane jest na 13 marca 2011 roku, gdy po dwóch golach Tottiego ograło Biancocelestich 2-0. 2011 rok - prehistoria niemalże. Cóż to była wtedy za Roma? Jeszcze w rękach rodziny Sensich. Z Vincenzo Montellą na ławce trenerskiej. Sezon 2010/11 w ogóle był udany, jeśli chodzi o potyczki z Lazio, dla Giallorossich. Wygrali wszystkie trzy spotkania - oba w lidze i jedno w Coppa Italia.

Właściwie trudno w składach doszukiwać się niespodzianek. No, może z jednym wyjątkiem - Rudi Garcia zdecydował się zostawić na ławce rezerwowych Adema Ljajicia, który w tygodniu zmagał się z urazem, stawiając w podstawie na Gervinho. Oprócz niego w ataku również kapitan, Francesco Totti (jako fałszywa "9") oraz Alessandro Florenzi. W pomocy standard: De Rossi przed obroną a przed nim Strootman z Pjaniciem. W obronie kwartet Maicon, Benatia, Castan i Balzaretti a w bramce Morgan De Sanctis.

Vladimir Petković również wystawił do gry najlepsze, co miał. W bramce Marchetti, w obronie od prawej: Cavanda, Ciani, Cana i Konko. Przed nimi Ledesma. Na skrzydłach - Candreva z Luliciem a w środku Hernanes ubezpieczany Gonzalezem. Na szpicy - Miroslav Klose.

Rudi Garcia na konferencji przedmeczowej powiedział zdanie, które znakomicie nadaje się na bon mot - "un derby non si gioca, un derby si vince". Derbów się nie rozgrywa, derby się wygrywa. No i dokładnie tak zrobiła Roma. Pierwsza połowa była - co tu dużo kryć - nudna i nieco rozczarowująca. Oba zespoły skupiły się raczej na walce niż graniu w piłkę, w efekcie czego oglądaliśmy trochę niedokładności, szarpanej gry, fauli. Niespecjalnie dużo się działo pod bramkami. Znudziło to trochę Federico Marchettiego, który postanowił ubarwić nieco spotkanie - dwukrotnie wikłał się w dziwaczne (na jego szczęście skuteczne) dryblingi z napastnikami Romy, bawił się w wyjścia poza pole karne. Jeśli jednak spojrzymy na sprawę uczciwie, to w szeregach Lazio trzeba go uznać za najlepszego, bo w drugiej części gry kilkukrotnie ratował swój zespół.

Ano właśnie - druga połowa. Gdy Roma przetrwała okres walki wręcz i przyszło do grania w piłkę, Lazio zostało zdeklasowane. To Giallorossi dyktowali warunki na boisku i okres ich dominacji zbiegł się zresztą z pojawieniem się na murawie Adema Ljajicia, który zmienił Alessandro Florenziego. Ja zresztą, przyznam szczerze, nie jestem fanem wystawiania tego chłopaka (mówię o Florenzim) w ataku. To nie jest ktoś, kto ma dobrą kiwkę, potrafi wygrywać po kilka pojedynków 1 vs 1 na mecz i ładować piłki w pole karne. Zresztą nie kogoś takiego potrzebuje Roma, bo nie gra przecież z wykorzystaniem typowej "9". Casus młodego Włocha przypomina mi casus Kevina-Prince'a Boatenga, gdy ze świetnego box-to-boxa zrobiono bocznego napastnika. Oczywiście, Florenzi gdy dostanie jakieś wytyczne, zrealizuje je, lecz na jakiś błysk z jego strony bym nie liczył. Z pewnością też na jego grę w ataku ma wpływ mocna obsada drugiej linii (gdzie pewnie by się nie łapał do podstawy) oraz marne alternatywy z przodu, gdzie oprócz niego do wyboru są jeszcze Borriello, wiecznie kontuzjowany Destro i Gervinho. Na dłuższą metę miejsce w napadzie powinno zostać obsadzone kimś innym, niż Florenzi, który ustawiony wysoko mniej pracuje w destrukcji i łapie niższe noty.

Wróćmy jednak do Ljajicia, bo ten dał naprawdę znakomitą zmianę. Rozruszał poczynania ofensywne Romy i po raz kolejny okazał się decydujący. Przypomnijcie sobie Państwo mecz w Weronie. Pierwsza połowa mizerna, w drugiej pojawia się Serb i Roma odprawia Hellas 0-3. Podobnie w derbach - po wejściu na murawę, Ljajić szuka gry kombinacyjnej, pokazuje się do gry, wreszcie "robi" karnego i go wykorzystuje. Pozostaje pytanie, czy były napastnik Fiorentiny potrafi utrzymać taką aktywność nie tylko wchodząc z ławki? W Parmie zagrał od początku i zagrał słabo - został zmieniony w przerwie. Ciekaw jestem na ile jest to defekt Serba, który sprawdzał się w tym sezonie tylko w roli "jokera", a na ile całego zespołu, który niepierwszy już mecz rozstrzyga po zmianie stron. Przypomnijmy sobie - w Livorno oba gole w drugiej połowie, w Weronie (o czym pisałem) również, na Ennio Tardini to samo. Tak też i w meczu z Lazio. Chyba jest to raczej jednak szczęśliwy dla Serba zbieg okoliczności, że dwukrotnie przebywał na boisku w dobrym dla zespołu okresie.

Do zachwytów nad Ljajiciem, nie sposób nie dorzucić braw dla, wiecznie młodego, Francesco Tottiego. Il Capitano przedłużył niedawno kontrakt z klubem do 2016 roku i mimo wielu wiosen na karku pozostaje największą gwiazdą Giallorossich. Ponownie zresztą przestawiony przez Garcię na pozycję fałszywej "9" przeżywa kolejny już renesans formy. W niedzielnych Derby della Capitale - l'uomo-partita, man of the match. Bezsprzecznie najlepszy. Asysta przy golu Balzarettiego i kolejne - sprawdziłem z ciekawości - osiem wypracowanych okazji dla kolegów z drużyny. W meczu o takim ciężarze gatunkowym - kosmos.

Żeby być uczciwym trzeba też przyznać, że i Lazio miało swoje okazje na początku drugiej połowy. Stuprocentowe okazje mieli Ciani i Klose, ale żaden z nich nie pokonał De Sanctisa. Dodać też trzeba kuriozalną czerwoną kartkę dla Andre Diasa w końcówce. Znacznie utrudniło to, dość trudną i tak, odpowiedź - a było to przy stanie 1-0 dla Romy. Giallorossi byli bardziej głodni tego zwycięstwa i przez ostatnie dziesięć minut dosłownie grillowali, grające w osłabieniu, Lazio. A że dobrze ustawiona Roma - prowadzona przez trenera, który nie jest amatorem - ma potencjał znacznie większy od lokalnego rywala, mówiłem już dawno. I wyszło na moje.

poniedziałek, 23 września 2013

SERIE A: GENOA 0-0 LIVORNO

Spodziewałem się po tym meczu więcej, dużo więcej. Liczyłem na to, że dla Genoi wygrane derby będą punktem zwrotnym. Livorno zaś ma przecież kilku weteranów, ciekawy ofensywny tercet Greco-Paulinho-Emeghara uzupełnionych utalentowanymi wychowankami Interu. Zawiodłem się i to srogo. Obiektywnie jednak patrząc - jakich cudów można się było spodziewać po zespołach, które wymieniły do tej pory najmniej podań i oddały najmniej strzałów w lidze?

Fabio Liverani tydzień temu przestawił swój zespół na grę 3-5-2 i to dało mu wymierny efekt w postaci pokonania Sampdorii 3-0. W piłkę wówczas Genoa grała słabo, ale wprowadzeni do składu Luca Antonini oraz Emanuele Calaiò wpisali się na listę strzelców. Opiekun Grifone wyszedł z założenia, że zwycięskiego składu się nie zmienia i postawił na tych samych piłkarzy, którzy tryumfowali tydzień wcześniej: Perin; Gamberini, Portanova, Manfredini; Vrsaljko, Biondini, Lodi, Matuzalem, Antonini; Calaiò, Gilardino.

Davide Nicola postawił na praktycznie tych samych ludzi, którzy w poprzedniej kolejce przyczynili się do zwycięstwa 2-0 nad Catanią. Jedyną różnicą była obecność na środku obrony Rinaudo w miejsce kontuzjowanego Emersona. Pełne zestawienie prezentowało się zatem następująco: Bardi; Ceccherini, Rinaudo, Coda; Schiattarella, Luci, Biagianti, Mbaye; Greco; Paulinho, Emeghara.

Od początku spotkania żaden z zespołów nie potrafił uporządkować gry w środku pola. Na boisku nie działo się zbyt wiele, sytuacji do zdobycia gola było mało a gra była szarpana. Wyraźnie brakowało ludzi, którzy potrafiliby utrzymać piłkę w grze na połowie rywala. W Genoi kimś takim miał być Francesco Lodi, ten jednak - przynajmniej na dziś - nie ma takiego wpływu na grę swojego zespołu, jak oczekiwano. Obrazu nie może zaciemnić fantastyczny gol byłego rozgrywającego Catanii przeciwko Sampdorii, którym ustalił wynik na 3-0. Mam wrażenie, że gra zbyt asekuracyjnie, zbyt głęboko. Szczególnie, że Genoa cierpi na brak łącznika między atakiem a pomocą. Dotychczas problem rozwiązywała dobra postawa skrzydłowych. Czy to Luki Antonellego (z lewej) czy Mario Sampirisiego lub Sime Vrsaljko z prawej, którzy dośrodkowywali piłki napastnikom. Jeśli Liverani liczy tylko i wyłącznie na postawę swoich wahadłowych, może się przeliczyć, co dość boleśnie obnażył beniaminek z Toskanii. Grający z prawej strony Vrsaljko został całkowicie wyłączony z gry przez Ibrahima Mbaye, którego prezes Aldo Spinelli ogłosił "nowym Chiellinim". Do klasy defensora Juve jeszcze sporo brakuje, nie sposób jednak zaprzeczyć oczywistym faktom - wychowanek Interu rozegrał bardzo dobre zawody na Marassi. Jeśli Państwo nie wierzą mi na słowo, podeprę się statystykami. Senegalczyk zanotował aż siedem odbiorów, jeden przechwyt i jedno wybicie, nie faulując ani razu.

Jeśli chodzi o zespół Livorno - z pewnością rozczarował Leandro Greco, który miał dostarczać piłki do tego ciekawego duetu Paulinho-Emeghara. Wychowanek Romy kompletnie się z tej roli nie wywiązał i najciekawsze próby dogrania piłki do Brazylijczyka podejmował Schiattarella. Słaby mecz zagrał też drugi z napastników, Innocent Emeghara, po którym spodziewałem się, że będzie robił dużo wiatru, rozbijał obronę Genoi i szarpał. Szwajcar tymczasem spaprał jedną stuprocentową sytuację, raz uderzył z dystansu i tyle go było widać. Davide Nicola zdjął go zresztą, reagując skądinąd dość rozsądnie, zastępując - operującym za napastnikiem - Siligardim.

Genoa mogła to spotkanie jednak wygrać, lecz a to w poprzeczkę uderzył Manfredini, a to znowu w ostatnich już minutach gry kapitalną interwencją na linii popisał się Francesco Bardi, notabene kolejny z wychowanków Interu w zespole Livorno. Gospodarze nie dawali mu przez cały mecz zbyt wielu szans do popisu, gdy jednak przyszło co do czego, młody golkiper okazał się decydujący. Naprawdę polecam Państwu obserwować tego bramkarza, bo to talent dużego kalibru. 

czwartek, 19 września 2013

CHAMPIONS LEAGUE: NAPOLI 2-1 DORTMUND

"Napoli da sogno" brzmi dzisiejszy tytuł turyńskiego Tuttosport. Faktycznie, w środę obejrzeliśmy "Napoli jak z marzeń", które dobrze zaczęło rywalizację w trudnej grupie, odnosząc domowe zwycięstwo nad Borussią Dortmund - ubiegłorocznym finalistą rozgrywek Champions League. Azzurri potwierdzili, że w tych elitarnych rozgrywkach nie przegrywają na San Paolo oraz, że potrafią grać z najlepszymi. Drużyna Rafè (jak w dialekcie neapolitańskim nazywają go kibice) Beniteza zaprezentowała się jako świetnie działający mechanizm. 

Pierwszą rzeczą, którą zrobił Benitez w Neapolu była zmiana systemu gry. Przestawił Azzurrich z gry trójką w obronie na granie kwartetem. 3-4-1-2 Mazzarriego zastąpiło 4-2-3-1. W środowy wieczór na murawę wyszła następująca "11":  Reina; Maggio, Albiol, Britos, Zuniga; Inler, Behrami; Callejón, Hamsik, Insigne; Higuain. Początkowo mówiło się raczej o występie Gorana Pandeva w miejsce Lorenzo Insigne. Im bliżej jednak było rozpoczęcie meczu, tym bardziej w górę szły akcje młodego Włocha.

Napoli bardzo mądrze rozegrało mecz z Dortmundem. Nie rzuciło się szaleńczo na rywala, zaczęło spokojnie. Dążyło do dominacji w środku pola, która z każdą minutą meczu coraz wyraźniej stawała się faktem. Naprawdę ogromne brawa należą się tandemowi Gokhan Inler - Valon Behrami, który zagrał fantastyczne zawody, kompletnie neutralizując BVB. Bez ciężkiej pracy tej dwójki nie byłoby zwycięstwa. Nie byłoby dominacji w środku pola. Byłem po meczu ciekaw statystyk jakie miał Behrami. Absolutny kosmos. Cztery odbiory (z czego trzy już na połowie gości), cztery przechwyty piłki, cztery wygrane pojedynki powietrzne (tylko jeden przegrany), dwa wybicia piłki przy groźnej sytuacji. Behrami w roli zadaniowca spisał się, jak widać, bardzo dobrze. Był niesamowicie efektywny w destrukcji, a przy tym grał bardzo czysto - zaledwie raz faulował. Ogromne wrażenie wywarł na mnie również drugi ze Szwajcarów - Inler. Dużo się przed sezonem mówiło, że Napoli potrzebuje jeszcze kogoś, kto pełniłby rolę registy. Kogoś, kto umiałby wziąć piłkę od obrońców i ją rozegrać. Kogoś, kto regulowałby tempo akcji, wskazywał jej kierunek. Takiego gracza, jakim w Liverpoolu za czasów Beniteza był Xabi Alonso. Ba, długo nawet spekulowano, że De Laurentiis z Bigonem (kolejno: prezes i dyrektor sportowy Napoli - przyp. TK) negocjują transfer Maxime'a Gonalonsa z Lyonu oraz Evera Banegi z Valencii. Ostatecznie nikt do Neapolu nie trafił, a Rafè postawił na Inlera, który bywał krytykowany w poprzednim sezonie. W czasach, gdy występował jednak w Udinese był to czołowy regista Serie A i zdaje się przypominać malkontentom, że wcale nie zapomniał, jak się prowadzi grę. Ubezpieczany przez Behramiego, miał w meczu z Dortmundem więcej swobody. Był najcelniej podającym graczem tego spotkania - 78 z 84 jego podań trafiło do adresata, co daje nam wynik procentowy w postaci niemalże 93% celności.

Obok duetu środkowych pomocników, na wyróżnienie z pewnością zasługuje kolejny z bohaterów środowej konfrontacji - Gonzalo Higuaín. Argentyńczyk sprawia, że nikt już nie tęskni za Cavanim. Gdy pewne trudności w dostosowaniu się do stylu gry Fiorentiny ma Gómez, Pipita w tryby machiny Beniteza wszedł z marszu. Groźny w polu karnym, lecz też poza nim. Ruchliwy, szybki, szuka wolnych przestrzeni i wymusza swoim ruchem granie prostopadłych piłek. Neapol to dla niego idealne miejsce. Tu jest pierwszą strzelbą, niekwestionowanym numerem jeden w ataku swojego zespołu. Widać po nim, że czuje zaufanie trenera i odpłaca się najlepszym, co ma. Środowy mecz Higuaín skończył nie tylko z golem na koncie. To po jego ataku z boiska wyleciał Weidenfeller, który musiał interweniować poza polem karnym i zagrywał ręką.

Nie sposób nie wyróżnić także zawodników, grających w bocznych sektorach boiska. Napoli atakowało głównie lewą flanką, co oddaje zresztą statystyka podań. Oto najczęstsze wybory Azzurrich: Zúñiga do Insigne (19 podań), Inler do Insigne (16), Britos do Zúñigi (15), Inler do Zúñigi (14), Insigne do Zúñigi (13). A lewą stronę Napoli ma wyjątkowo mocną. Występują tam dwaj znakomici dryblerzy: Juan Zúñiga i Lorenzo Insigne. Kolumbijczyk ma jednak nieraz problemy z grą w defensywie. Czasem nie nadąży wrócić na swoją pozycję po akcji ofensywnej. Widać to było szczególnie po wejściu Pierre'a-Emericka Aubameyanga. Zúñiga mecz zakończył z asystą przy pierwszym golu Pipity oraz... trafieniem samobójczym, które dawało jeszcze Dortmundowi cień nadziei na remis. Insigne popisał się fantastycznym strzałem na 2-0 z rzutu wolnego.

Poniżej swoich możliwości zagrał, przynajmniej moim zdaniem, Marek Hamsik. Od gracza tego kalibru spodziewam się więcej. Słowak większość piłek grał do tyłu i swoim partnerom stworzył zaledwie jedną sytuację. Gdy spojrzałem w statystyki, zobaczyłem że kapitan Napoli zagrał zaledwie osiem piłek do przodu, z czego połowa była niecelna. Reszta podań albo do tyłu, albo do boku. 

Napoli stać na wyjście z trudnej grupy, w której grają również OM i Arsenal. Wydaje się, że Benitez - co do którego wielu miało wątpliwości - w końcu znalazł swoje miejsce na piłkarskiej mapie Europy. Napoli będzie groźne dla każdego, prezentując się znakomicie nie tylko na papierze, lecz również na boisku. Obserwatorzy Serie A (przyznaję, również ja) byli dość sceptycznie nastawieni w szczególności do nowych nabytków. Tymczasem okazuje się, że każdy z nowych piłkarzy jest wzmocnieniem dla zespołu. Pepe Reina nie popełnia błędów. Raúl Albiol w Madrycie był skończony. Fani Realu otwierali szampany, gdy się okazało, że odchodzi. Ba, że zapłacono za niego 12 milionów euro. W Neapolu Albiol jest liderem formacji defensywnej i środkowym obrońcą numer jeden. Nawet José Callejón prezentuje się znakomicie, imponując na początku sezonu formą strzelecką. Rafè Benitez dostał Napoli w spadku po Mazzarrim, jako zespół z solidnymi podstawami. Dostał również zaufanie prezesa i fundusze na wzmocnienia oraz czas na przebudowę potrzebną, by wykonać krok do przodu. Tego zabrakło mu w Interze.

niedziela, 15 września 2013

SERIE A: TORINO 2-2 MILAN

Sobotni mecz na stadionie olimpijskim w Turynie był konfrontacją wyczekiwaną. Oczywiście, o godzinie 18 rozgrywane były Derby d'Italia na mediolańskim San Siro, lecz na deser powtórnie w barwach Milanu zagrać miał Kakà. Transfer last-minute, ostatni puzzel w układance, która układała się w obraz drużyny Massimiliano Allegrego w zmienionym systemie gry na 4-3-1-2 z Brazylijczykiem w roli "10" za plecami dwóch napastników. Milan na brak trequartisty cierpiał odkąd Kakà odszedł do Madrytu i teraz oto miał tryumfalnie wrócić do domu a Rossoneri mieli nawiązać do czasów, gdy święcili tryumfy. Tak się nie stało.

Słówko jednak o Torino. Nestor wśród włoskich trenerów, Giampiero Ventura, od sezonu 2013/14 zaproponował bowiem nowe ustawienie swojego zespołu w związku z odejściem dotychczasowego kapitana, reprezentanta Italii, Angelo Ogbonny. Torino porzuciło 4-4-2 (lub 4-2-4 jak, nie wiedzieć czemu, rozpisywali to włoscy dziennikarze) i przeszło na grę trójką obrońców. W bramce zagrał zatem Padelli, w obronie tercet Glik - Bovo - Moretti. Po bokach grali Darmian i D'Ambrosio - do niedawna po prostu boczni obrońcy, dziś wahadłowi - w środku pomocy Brighi, Vives i, wypożyczony z Napoli, Omar El Kaddouri a w ataku Ventura postawił na wychowanka Juventusu, Ciro Immobile oraz Alessio Cerciego - największą obecnie gwiazdę Toro.

Allegri zmagać się musiał z plagą kontuzji, szczególne problemy mając ze skompletowaniem formacji obronnej. Operację przeszedł bowiem De Sciglio a kontuzjowani są również Bonera (od dłuższego czasu), Silvestre oraz Abate. Ponadto toskański trener znów na ławce posadził Andreę Polego (będącego chyba w najwyższej, obok De Jonga, dyspozycji z pomocników Milanu) oraz Alessandro Matriego. Z powodu kontuzji wypadł również El Shaarawy, więc w podstawie wyszedł Robinho. Całość prezentowała się następująco: Abbiati; Zaccardo, Zapata, Mexes, Emanuelson; Montolivo, De Jong, Muntari; Kakà; Robinho, Balotelli.

Milan zagrał dramatycznie źle. Po występach z Cagliari i PSV wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, że drużyna wskakuje na właściwe tory a do tego przybycie Kaki wniosło nowe pokłady entuzjazmu. Tymczasem na Olimpico Rossoneri powtórzyli wszystkie błędy z Werony. Znów byli ospali, znów ślamazarni. Trudno napisać o grze gości cokolwiek nowego. To po raz kolejny był Milan jaki pamiętamy z poprzedniego sezonu, z wielu meczów jeszcze poprzedniego a nawet z końcówki kadencji Carlo Ancelottiego. Milan, który zdaje się wychodzić na boisko za karę, grający na stojąco. Jak zagrał Kakà, który miał wnieść nową jakość? Cóż, jeśli ktokolwiek liczył na to, że cztery lata w Madrycie podziałały na Brazylijczyka jak zimowy sen, jak hibernacja i zawodnik wróci taki, jakiego go pamiętamy z czasów przed odejściem, to właściwie się nie pomylił. Nie oznacza to jednak, że rozegrał on olśniewające zawody - wręcz przeciwnie. Mówiąc o Kace pamięta się gracza, który właściwie w pojedynkę zatargał Milan do ateńskiego finału Champions League, lecz mało kto pamięta, że po roku 2007 spędził on w Mediolanie jeszcze dwa lata i że przez ten czas grał właśnie tak, jak w sobotę. Wrócił "stary Kakà"? Owszem, ten z 2008 roku - stłamszony, mało dynamiczny, niegroźny i mający problemy ze zdrowiem. Mecz z Torino zakończył w 70', gdy zmienił go Birsa.

Krótko też o Mario Balotellim. Czarnoskóry snajper znów pokazał swoje gorsze oblicze. Zagrał słaby mecz, zmarnował dwie wyśmienite okazje i po raz kolejny bardziej niż na grze w piłkę skupiał się na walce wręcz z obrońcami, szukaniem fauli, dyskusją z arbitrem. Przykro się to ogląda. Na szczęście nie ma w zwyczaju marnować rzutów karnych i zdołał ustalić wynik w 97' na 2-2.

O innych antybohaterach w szeregach Milanu chyba nie ma sensu pisać. Nikt bowiem nie spodziewał się, że Zaccardo (gol D'Ambrosio na jego konto) jest w stanie zagrać na wysokim poziomie. Robinho przecież już od kilkunastu miesięcy udowadnia, że do grania w piłkę na wysokim poziomie nijak się nie nadaje i nie zmieniają tego gole na treningach z początku przygotowań. Dość jasne jest też, że Zapata przez pół poprzedniego sezonu szukał formy, by przez wakacje gdzieś ją zgubić. Warto by było napisać coś o pozytywach. Bardzo dobrą zmianę - już po raz drugi - dał Alessandro Matri. Widać było, że bardzo się starał, szukał wolnych przestrzeni (wychodzi na to, że sporo racji miał pewien sympatyk Juve, który twierdził, że jest to napastnik z najlepszym wyjściem na pozycję w kadrze Bianconerich) oraz dwukrotnie otwierał Balotellemu drogę do bramki Padellego. Nie po raz pierwszy również dobrze spisał się Andrea Poli. Gol w Weronie, gol z PSV, do tego duża ruchliwość i chęć do gry. Gdyby każdy z pomocników Milanu grał tak, jak były zawodnik Sampdorii, może pomysły Allegriego na środkową linię złożoną z box-to-boxów miałby jakiś sens. Pod koniec meczu to właśnie on wykorzystał błąd Pasquale i dał Rossonerim karnego na wagę punktu.

Zaskoczyła mnie postawa Torino. Nie sądziłem, że ten zespół pod wodzą Ventury jest w stanie zagrać tak odważnie, tak widowiskowo i tak ofensywnie, jak w sobotę. Granatę kojarzyłem raczej z murowaniem środka i długimi podaniami do wybiegających skrzydłowych (wówczas Cerciego i Santany) oraz napastników. Tymczasem Toro piłkarsko było drużyną od Milanu lepszą. Grali szybciej, grali dokładniej, no i mieli w swoich szeregach fenomenalnego Alessio Cerciego. Na koncie asysta oraz gol a do tego masa wygranych pojedynków 1 na 1 i rajdów. Definitywnie najlepszy na boisku, man of the match. Jeśli kiedykolwiek miałem (a miałem!) wątpliwości co do klasy wychowanka Romy, po tym meczu zostały one rozwiane. Cerci to absolutnie fuoriclasse, gracz którego nie wstyd pokazać na arenie międzynarodowej. Coraz lepiej wygląda też jego partner z ataku, Ciro Immobile. Poprzedni sezon spisany na straty w Genoi. W sobotę asystował Cerciemu, ale również sam stanowił zagrożenie. Może jednak talent byłego reprezentanta włoskiej młodzieżówki nie pójdzie na zmarnowanie i Torino będzie portem, w którym zakotwiczy na dłużej, odbudowując się piłkarsko. Oby, tego mu należy życzyć.

Graczem, który jednak najmilej mnie zaskoczył był Omar El Kaddouri. Swego czasu było o nim dość głośno. Kolejni dziennikarze zachwycali się talentem młodego ofensywnego pomocnika, grającego wówczas w Serie B w barwach Brescii. Ba, pod swoje skrzydła wziął go nawet Mino Raiola, który umieścił go później w Napoli. Pod Wezuwiuszem młody Marokańczyk nie mógł jednak liczyć na regularne występy i władze Azzurrich zdecydowały się wysłać go na wypożyczenie. Tak trafił do Torino. Słyszałem oczywiście, że to świetnie wyszkolony technicznie zawodnik, że ma potencjał. Nie sądziłem jednak, że jest on w stanie zagrać tak dojrzałe pod względem taktycznym zawody, że tak dobrze radzi sobie w defensywie. Jeśli Ventura będzie dalej nad nim pracował i rozwijał go w tym kierunku, może pomóc mu się stać naprawdę bardzo dobrym (i kompletnym) pomocnikiem.

Torino może mieć pretensje do samych siebie, że tego meczu nie udało im się wygrać. Mieli rozbity Milan na tacy, mieli wynik 2-0. Wystarczyło to dowieźć do końca. Tymczasem Ventura ściągnął lidera, Cerciego a Rossoneri za punkt mogą dziękować niebiosom. Najpierw kuriozalny gol Muntariego, później rzut karny wykorzystany przez Balotellego. Złośliwi pewnie powiedzą, że znów arbiter ciągnie mediolańczyków za uszy, lecz - czy się to podoba czy nie - Pasquale faulował Polego. Ironiczne "rigore per il Milan" nie ma więc żadnego uzasadnienia. Choć we Florencji pewnie usłyszą Państwo coś innego.