Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serie A 2013/2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serie A 2013/2014. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 stycznia 2014

ALLEGRI: "CECHY POMOCNIKÓW W TRZYOSOBOWEJ LINII POMOCY" (1)

Massimiliano Allegri niewątpliwie jest trenerem, który wzbudza wiele emocji. Szczególnie wśród sympatyków Milanu, którzy często zarzucają mu zbyt zachowawcze nastawienie, prowincjonalną mentalność i brak charakteru. Z drugiej strony Allegri ma na swoim koncie mistrzostwo, wicemistrzostwo Włoch oraz zajęte 3. miejsce w sezonie, w którym zarząd rozmontował mu szkielet zespołu. O pochodzącym z Livorno szkoleniowcu pochlebnie wypowiadają się również najważniejsi włoscy trenerzy ostatnich lat z Fabio Capello, Cesare Prandellim i Marcello Lippim na czele. Po cichu mówi się, że Allegri miałby objąć stanowisko selekcjonera po Mistrzostwach Świata w Brazylii. Jaka jest zatem prawda o obecnym opiekunie Milanu: prowincjonalny rzemieślnik czy czołowy włoski fachowiec umiejący pracować w każdych warunkach? Kluczem do tego może być lepsze poznanie filozofii gry Massimiliano Allegriego. Dlatego też oddaję w ręce czytelników tłumaczenie pracy dyplomowej w/w ze szkoły trenerskiej w Coverciano, które w języku włoskim dostępne jest na stronie sektora technicznego włoskiej federacji. Ze względu na to, że blog z gumy nie jest, dzielę tłumaczenie na części. Poniżej część pierwsza.

Massimiliano Allegri - pierwszy z prawej (fot. flckr.com)


1. WPROWADZENIE

We współczesnym futbolu używa się wielu różnych systemów gry, biorąc pod uwagę cechy fizyczne, techniczne oraz mentalne piłkarzy, których trener ma do dyspozycji.
Pokażę kilka systemów opartych o rolę pomocników, lecz nie będę się rozwlekał nad tymi, stosowanymi w zależności od charakterystyk przeciwnika. Zajęłoby to bowiem zbyt dużo miejsca oraz odwiodłoby od zadania, które sobie postawiłem.
Ostatnio zakończony sezon piłkarski (2004/05) był moim drugim doświadczeniem w roli trenera. Musiałem zmierzyć się z problemem dotyczącym wyboru systemu gry, nie znając cech poszczególnych zawodników, których klub – SPAL – oddał do mojej dyspozycji. Do zespołu dołączyłem bowiem zaledwie dzień przed wyjazdem na zgrupowanie. Musiałem zatem poświęcić trochę czasu, by wybrać system gry, który będę stosował, by jak najlepiej wykorzystać umiejętności poszczególnych graczy. Początkowo myślałem o zastosowaniu 4-4-2: systemu, który zapewnia przynajmniej dobrą organizację gry obronnej. Później, z powodu wąskiej kadry oraz różnych kontuzji, przeszedłem do stosowania 4-3-3 (patrz Fig.1 poniżej)

Fig. 1


Pierwsze osiem spotkań rozegraliśmy stosując ten system. Następnie zmieniłem ustawienie pomocników: zamiast grać nisko ustawionym rozgrywającym nr 4 (patrz Fig. 1), odwróciłem trójkąt w środku pola i ustawiłem zespół z dwoma środkowymi pomocnikami i wysuniętym rozgrywającym (patrz Fig. 2), utrzymując zawsze dwóch bocznych i jednego środkowego gracza w ataku oraz czwórkę defensorów:

Fig. 2


2. CECHY POMOCNIKÓW

Kolejno: piłka, zawodnik, przeciwnik, ruch piłki, ruch zawodnika bez piłki, prowadzenie piłki, kolejność podań


Cechy taktyczne oraz techniczne trójki pomocników muszą być różne w zależności od tego, czy wybiera się grę z pomocnikiem nr 4 ustawionym przed linią obrony i dwójką środkowych nr 8 i nr 10 (Fig. 1) lub z dwójką środkowych nr 8 i nr 4 przed czwórką obrońców oraz trequartistą przed dwójką środkowych pomocników (Fig. 2).
Zacznę od omówienia cech poszczególnych zawodników (pomocników), by przejść później do przedstawienia wad i zalet, które napotyka się, gdy drużyna jest lub nie jest w posiadaniu piłki.

2.1 Trójkąt z wierzchołkiem ustawionym nisko

Zobaczmy, jakie cechy muszą posiadać zawodnicy, gdy drużyna gra z nisko ustawionym wierzchołkiem.

Fig. 3

Idealny pomocnik grający przed linią obrony (nr 4, "reżyser") powinien przedewszystkim cechować się:
  • wielką charyzmą, by jak najlepiej dowodzić dwójką środkowych pomocników nr 8 i nr 4 oraz trójką graczy w ataku nr 7, nr 9 i nr 11, gdy drużyna nie jest w posiadaniu piłki
Przykład:
Gdy przeciwnik rozpoczyna budowanie akcji, "reżyser" (nr 4) musi decydować o momencie wyjścia bocznych napastników (nr 7 i nr 11) oraz dwójki środkowych pomocników (nr 8 i nr 10) skracając pole gry poprzez wyjście do przodu; w tym samym czasie nr 9 odcina drogę podania od D do C.

Fig. 4


Ważne: gdy nasza drużyna kończy akcję, cofnięty "reżyser" ma za zadanie natychmiast przywołać dwójkę pomocników oraz tercet napastników do zajęcia właściwych pozycji, by móc zorganizować odbiór piłki.

W przypadku, gdy trzej napastnicy zostają wykluczeni z fazy odbioru piłki, zachowanie trójki pomocników i czwórki obrońców powinno być następujące:
  1. nie dać się minąć, lecz spowalniać akcję przeciwnika cofając się
  2. Nr 8 podchodzi pod 3, nr 4 zajmuje miejsce nr 8 a nr 10, obniżając swoje położenie, przesuwa się w kierunku środka
Fig. 5

W sytuacji, w której trzeba bronić się sześcioma zawodnikami przeciwko akcji prowadzonej środkiem, należy:
  1. nie dać się minąć, lecz spowalniać akcję przeciwnika
  2. "reżyser" nr 4 stara się ograniczyć czas i miejsce zawodnikowi z piłką A oraz przywołując nr 8, by ten dał mu wsparcie i asekurował go, gdy kwartet obrońców z tyłu pozostaje ustawiony wąsko:
Fig. 6


"Reżyser" (nr 4) powinien ponadto charakteryzować się:
  • dobrą techniką, by móc regulować tempo gry
  • świetnym wyczuciem pozycji (zmysłem taktycznym), by móc zawsze pokazywać się do gry i być punktem odniesienia dla kolegów z zespołu
  • świetnym długim i celnym podaniem zarówno by móc natychmiastowo przeprowadzić zespół z fazy defensywnej do ofensywy (kontratak), jak i po to, by móc zmienić stronę gry poprzez przerzut na drugie skrzydło, gdy zespół jest naciskany w ataku pozycyjnym
Musi również potrafić zagrać prostopadłą piłkę i nie może nigdy tracić pozycji poprzez złe ustawienie, gdyż w fazie defensywnej może on ubezpieczać czwórkę defensorów, próbując zatrzymać zagrania przeciwnika (przechwyt podań).

Fig. 7

Ogromny zmysł taktyczny wydaje się zatem kluczowy dla zawodnika pełniącego tę rolę. Jego wejścia ofensywne podczas meczów będą rzadkie i dobrze przemyślane. Wszystko to, by nie pozostawiać środkowej strefy boiska niezabezpieczonej. Musi on zapewnić równowagę drużynie w najbardziej newralgicznej części boiska.

W odróżnieniu od "reżysera", dwójka środkowych pomocników (nr 8 i nr 10) musi charakteryzować się wybieganiem i dobrą kondycją. Głównie dlatego, że gdy zespół gra z jednym środkowym napastnikiem i dwoma bocznymi, wymaga się od środkowych pomocników częstych wejść ofensywnych bez piłki.
Wejścia ofensywne w różnych wariantach gry w ataku są kluczowe dla wypracowania sobie okazji do strzału z dystansu lub dla zakończenia akcji za pomocą ewentualnych zagrań kombinacyjnych skonstruowanych po drugiej stronie boiska (np. Dośrodkowanie).

Zazwyczaj jeden tej dwójki (przyjęło się, że jest to nr 10) musi cechować się:
  • umiejętnością stworzenia przewagi liczebnej za pomocą dryblingu
  • umiejętnością tzw. ostatniego podania
  • dobrym strzałem z dystansu
  • umiejętnością zagrania prostopadłej piłki tak, by uruchomić któregoś z trójki napastników
W odróżnieniu od nr 10, nr 8 musi cechować się:
  • lepszymi umiejętnościami taktycznymi
  • w większym stopniu pomagać kolegom z formacji
  • więcej pracować, gdy drużyna nie jest w posiadaniu piłki
  • pomagać "reżyserowi" (nr 4) w zapewnieniu równowagi w środku pola i w odbiorze piłki

Nawet jeśli nr 8 technicznie nie jest tak zaawansowany jak nr 10, musi umieć podłączyć się do akcji ofensywnej, by ewentualnie zakończyć akcję (strzał z dystansu). Nr 8 musi również być silny fizycznie oraz dobrze grać głową, by móc wygrywać pojedynki powietrzne.

(...)

niedziela, 20 października 2013

CATANIA: ROLANDO MARAN ZWOLNIONY

20 października 2013 roku poleciała głowa Rolando Marana. Szkoleniowiec pochodzący z Rovereto, w regionie Trydent-Górna Adyga, stracił stanowisko opiekuna piłkarskiego zespołu z Katanii po słabym początku sezonu. Dzień po porażce 1:2 na Sardynii z Cagliari. Zostawia Catanię na 17. miejscu - ostatnim gwarantującym utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. W ośmiu meczach piłkarze spod Etny zanotowali raptem jedno zwycięstwo, dwa remisy i aż pięć porażek. Bilans bramkowy: 6-13 też nie jest dla nich korzystny.

Stadion im. Angelo Massimino w Katanii (fot. ilcalciocatania.it)

Catania nie należy do możnych włoskiego futbolu. Klub jest raczej biedny, co nie przeszkadza mu konsekwentnie urywać punkty większym i bogatszym ekipom. Dzięki mądremu zarządzaniu - nawet przy niedużym nakładzie finansowym - na Sycylii co roku udaje się skonstruować drużynę, która jest w stanie zagrozić w bezpośrednim starciu każdemu w lidze, zagwarantować sobie utrzymanie w Serie A oraz prezentować jednocześnie całkiem przyjemny dla oka futbol. Catania jest znana jako jedna z największych argentyńskich kolonii w Europie. Prezes Antonino Pulvirenti i jego współpracownicy regularnie ściągają na włoską wyspę kolejnych wykolejeńców - Maxi Lópeza, który po przygodzie w Barcelonie szukał szczęścia m.in. w Moskwie i Porto Alegre, Pablo Barrientosa, który przez pewien czas był klubowym kolegą Maxiego w FK Moskwa, Gonzalo Bergessio, któremu nie udało się podbić ani Portugalii ani Francji, Sebastiana Leto, który w swoim cv ma takie kluby, jak Liverpool i Panathinaikos czy Fabio Monzóna, którego Catania ściągnęła z Olympique Lyonnais. Do tego w klubie grali (lub grają), znalezieni w Argentynie dzięki znajomości tamtejeszego rynku, Alejandro Gómez czy Mariano Andújar. Pod Etną mają też nosa do trenerów. To tutaj na szerokie wody wypłynęli tacy ludzie jak Diego Simeone czy Vincenzo Montella. Angaż w bogatszych klubach, po pracy w ekipie ze stadionu imienia Angelo Massimino, dostali też Walter Zenga, którego skusiło Palermo oraz Sinisa Mihajlović, po którego sięgnęła Fiorentina. 

Nieprzypadkowy był również wybór Rolando Marana na stanowisko opiekuna Rossazzurrich. Pulvirenti sprowadził go z małego lombardzkiego klubu - Varese, z którym w rozgrywkach Serie B zajął 5. miejsce i zakwalifikował się do fazy play-off. Biancorossi doszli wówczas do finału, gdzie musieli jednak uznać wyższość Sampdorii, która awansowała do Serie A. Mimo porażki w decydującym momencie, dokonania Marana i tak przyjęte zostały jako miła niespodzianka. W Catanii spisał się jeszcze lepiej. W sezonie 2012/13 zajął z sycylijskim zespołem 8. miejsce, plasując się w tabeli wyżej od Interu. 56 punktów wywalczone wówczas przez Etnei stanowią klubowy rekord. Należałoby zatem postawić pytanie o przyczyny tak słabego startu w obecnym sezonie. Czy spowodowane jest to indolencją trenera Rolando Marana? Czy też może sprzedażą dwóch największych gwiazd, Alejandro Gómeza i Francesco Lodiego, którzy nie zostali zastąpieni przez równie wartościowych graczy? Tym bardziej jestem zaskoczony zwolnieniem byłego opiekuna Varese, że jego następcą został Luigi De Canio. Człowiek, o którym trudno powiedzieć coś ponad to, że co jakiś czas pojawia się na ławce zespołów z dołu tabeli i równie szybko stamtąd znika. 

poniedziałek, 30 września 2013

SERIE A: TORINO 0-1 JUVENTUS

Turyńskie derby widowiskiem były nawet nie średnim a zwyczajnie słabym. Juventus zagrał na pół gwizdka, Torino zaś tak, jakby nie śmiało nawet marzyć o zwycięstwie, zadowalając się brakiem kompromitacji. Właśnie dlatego Derby della Mole nie są, delikatnie rzecz ujmując, moimi ulubionymi derbami. Zwycięstwo dla Juventusu w tym meczu nie jest żadną nobilitacją, nikt się tym specjalnie nie podnieca. Niby derby a tak naprawdę kolejny mecz ligowy. Dysproporcja w sile obu klubów jest zbyt duża, by mówić o jakiejkolwiek rywalizacji. Torino i Juventus - przy całym moim szacunku i sympatii do Granaty - nie grają w tej samej lidze. Ktoś powie - no dobrze, ale był przecież czas, gdy np. Inter był w dołku, a Derby d'Italia budziły ogromne emocje. Ok, zgoda. Tylko gdy Inter jest w dołku, to dalej jest pewna rywalizacja o te same cele (Scudetto, europuchary) i wiadomym jest, że Nerazzurri za chwilę wrócą do bycia zagrożeniem dla Juve. Toro jeszcze długo rywalem nie będzie niestety.

Zanim przejdę do spraw stricte futbolowych warto jeszcze sobie powiedzieć jedną rzecz - dlaczego Derby della Mole? Skąd nazwa? Jeśli doświadczenie, gdy idzie o nazwy meczów derbowych, podpowiada Państwu, że warto przejrzeć listę zabytków w Turynie - trafili Państwo w dziesiątkę. Chodzi oczywiście o XIX-wieczną Mole Antonelliana - perełkę i jednocześnie symbol Turynu. Budynek został oddany do użytku 10 kwietnia 1889 roku (budowano go od roku 1863) i stał się siedzibą Narodowego Muzeum Zjednoczenia Włoch. Muzeum to zostało później przeniesione do Palazzo Carignano (który okazał się za mały dla parlamentu, nowo powstałego, państwa włoskiego) a w Mole Antonelliana znajduje się obecnie Narodowe Muzeum Kina - notabene jedno z najczęściej odwiedzanych muzeów Starego Kontynentu. 

Jeśli zaś idzie o sam mecz, warto byłoby przyjrzeć się składom. Torino, którego trenerem jest Giampiero Ventura, wyszło na murawę w systemie 3-5-2. Między słupkami stanął Daniele Padelli. W obronie zabrakło miejsca dla Cesare Bovo. W jego miejsce zagrał Guillermo Rodriguez, któremu partnerowali Emiliano Morretti oraz, kapitan Toro, Kamil Glik. Na bokach: wychowanek Milanu, Matteo Darmian z prawej oraz - bardzo chwalony w tym sezonie (przebąkuje się nawet w mediach o powołaniu do kadry) - Danilo D'Ambrosio. Trójkę środkowych pomocników stanowili Brighi-Vives-El Kaddouri, w ataku zaś wystąpił duet Ciro Immobile-Alessio Cerci.

W Juventusie zabrakło miejsca dla Andrei Pirlo w wyjściowym składzie. Media oczywiście podchwyciły temat i zaczęły się spekulacje, że było to pokłosie jego nieeleganckiego zachowania, gdy zmieniony przez Antonio Conte. Miejsce Pirlo zajął, powracający do zdrowia po kontuzji, Claudio Marchisio a środek pomocy uzupełniał Arturo Vidal. Na bokach najmocniejszy zestaw - Lichsteiner i Asamoah. O ile w obronie Conte postawił na sprawdzone trio Barzagli-Bonucci-Chiellini, o tyle w ataku dość niespodziewanie pojawił się Sebastian Giovinco, któremu partnerował Carlos Tevez. W bramce oczywiście Gigi Buffon.

Sam mecz, jak już napisałem na początku, był widowiskiem marnym. Juventus zagrał tak samo, jak w Weronie - wolno, ślamazarnie i bez pomysłu. Naprawdę kiepsko wyglądała druga linia Bianconerich. Anonimowy występ zarówno Marchisio jak i Vidala. Lepiej od nich zagrał Pogba, choć bez wsparcia reszty drużyny jego wysiłki nie na wiele się zdawały. I to właśnie Francuz strzelił gola, który pogrążył Torino. Sęk w tym, że był to gol zdobyty nieprawidłowo. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego i strąceniu piłki głową, na spalonym był Tevez, którego strzał w poprzeczkę dobijał Pogba. Oczywiście teraz w mediach zacznie się jazda o arbitrach pomagających Juve a z kolei kolejne osoby z obozu Bianconerich będą wytaczać coraz bardziej kretyńskie "argumenty" trochę na zasadzie "a u was biją murzynów". Zatem nie zdziwcie się Państwo, gdy usłyszycie, że "a przecież Milanowi dyktują tyle karnych" albo "a Inter to był umoczony jeszcze bardziej w calciopoli". Choć Conte zaraz po meczu działa wytoczył najlżejsze - że Immobile powinien był zostać wyrzucony za faul na Tevezie. Klasyczne "a u was biją murzynów". Klasyczny Conte.

A Torino? Trudno stworzyć jakiekolwiek zagrożenie pod bramką rywala, jeśli się atakuje samym Cercim. Bardzo słabo zagrał Immobile, kompletnie żadnego wsparcia nie dawała linia pomocy i efekt tego mamy. Szkoda, bo Juve myślami było już przy meczu z Galatasaray, w dodatku w średniej formie (co pokazało Chievo) i przy odrobinie odwagi - a Torino miało proponować w tym sezonie odważniejszą i atrakcyjniejszą grę - można było Bianconerich ograć. Ventura jest winien sam sobie, choć żeby być uczciwym trzeba przyznać jedno - w trakcie meczu nie miał na ławce nikogo, kto mógłby zmienić obraz gry Granaty.

czwartek, 26 września 2013

SERIE A: CHIEVO 1-2 JUVENTUS

Gdyby ktoś jeszcze niedawno powiedział mi, że będę się świetnie bawić oglądając mecz Chievo, ba, że będę za nich ściskać kciuki i rozczaruje mnie nieuznany dla nich gol, wziąłbym go za wariata. A jednak, tak właśnie było i mój stosunek do mniej popularnego zespołu z Werony zmienił się dość radykalnie. Mussi volanti (Latające Osły) zawdzięczają ambitnej grze oraz, co ważniejsze, dobrym futbolem. Naprawdę mogą sobie pluć w brody, że nie zdołali wywalczyć choćby jednego punktu.

Giuseppe Sannino, opiekun Chievo, ciągle nie może znaleźć optymalnego zestawienia. Przeciwko Bianconerim, trener gospodarzy przestawił swój zespół z gry 4-4-2 na system 3-5-2. Jeśli idzie o personalia, również mieliśmy kilka korekt. W bramce pozostał Puggioni. W obronie Sannino postawił na trio Claiton, Bernardini, Cesar. W rolę wahadłowych wcielili się Gennaro Sardo i Boukary Dramè. Do środka pomocy przestawiony został skrzydłowy z Paragwaju - Marcelo Estigarribia, któremu towarzyszył kapitan (tego wieczoru)  Chievo, Luca Rigoni oraz Simone Bentivoglio. W ataku zabrakło strzelca gola z meczu przeciwko Udinese i symbolu zespołu ze Stadio Marcantonio Bentegodi, Sergio Pellissiera. W jego miejsce zagrał Cyril Théréau, któremu partnerował wychowanek Milanu i niedoszły następca Filippo Inzaghiego - Alberto Paloschi.

Również Juventus przystępował do tego meczu solidnie przemeblowany. Antonio Conte w perspektywie ma derbowy mecz z Torino oraz konfrontację w ramach Champions League. La vecchia signora w Weronie grała bez sześciu podstawowych zawodników. W bramce - Gianluigi Buffon. W obronie zabrakło Leonardo Bonucciego, którego zastępował Angelo Ogbonna. Jego partnerami byli Chiellini i Barzagli. W pomocy zabrakło fenomenalnego Arturo Vidala. Andrei Pirlo i Paulowi Pogbie partnerował, wracający po kontuzji, Claudio Marchisio. Wolne dostali też dwaj wahadłowi - Kwadwo Asamoah i Stephan Lichtsteiner. Ich miejsce zajęli odpowiednio: Federico Peluso oraz Mauricio Isla. W ataku zamiast Mirko Vucinicia i Carlosa Teveza, tandem Llorente - Quagliarella.

Wydawało się, że dla Juve najtrudniejszym zadaniem będzie napoczęcie, głęboko ustawionego w defensywie, zespołu gospodarzy i później pójdzie już z górki. Mało kto pewnie przypuszczał jednak, że Chievo będzie niewygodne nie tylko dlatego, że broni dużą ilością graczy i skutecznie utrudnia grę w ofensywie, ale również będzie w stanie zagrozić mistrzowi Włoch. Tymczasem Mussi volanti kontrowały Juventus dość konsekwentnie. Przy czym warte zaznaczenia jest, że nie były to chaotyczne i nieprzemyślane ataki. Chievo swoje akcje przeprowadzało dużą liczbą piłkarzy, wykorzystując ofensywnie grających, szybkich wahadłowych - Sardo i Dramè, wejścia Bentivoglio oraz, oczywiście, duet napastników Théréau - Paloschi.

Dla Juventusu pierwsza połowa była stracona. Grali wolno i ślamazarnie, kompletnie nie przekładając posiadania piłki na sytuacje podbramkowe. Mieli duże trudności z rozklepaniem szczelnej defensywy gospodarzy. Poniżej swojego poziomu zagrali właściwie wszyscy poza - będącym w morderczej formie na początku sezonu - Paulem Pogbą oraz (w nieco mniejszym jednak stopniu) Fabio Quagliarellą. Francuski pomocnik po zaledwie roku gry w Turynie rozwinął się niesamowicie i jest pomocnikiem niemal kompletnym. Świetne zawody zakończył z dwoma asystami na koncie. Quagliarella zrobił to, co do niego należało - strzelił gola na 1-1, ale plus przy jego nazwisku zapisałbym nie tylko z tego powodu. To on był najgroźniejszym zawodnikiem Juventusu, sprawiając kłopot obronie Chievo. Kompletnie rozczarowali za to Marchisio, Isla, Llorente oraz Buffon, który sprezentował rywalom pierwszego gola a i przy nieuznanej bramce Alberto Paloschiego popełnił błąd. Na jego szczęście asystent sędziego pomylił się i podniósł chorągiewkę, sygnalizując spalonego. I to właśnie nieuznany gol jest, według mnie, kluczowym momentem tego meczu. Przy wyniku 1-1 Chievo trafiło do siatki, lecz odgwizdano spalonego. Sęk w tym, że na spalonym znajdował się, niebiorący udziału w tej akcji, Cyril Théréau. Podcięło to skrzydła Clivensim, którzy ostatecznie mecz przegrali.

wtorek, 24 września 2013

SERIE A: ROMA 2-0 LAZIO

Po stołecznych derbach w gazetach królowały nagłówki "Roma è giallorossa" (Rzym jest żółto-czerwony). Lazio w końcu uległo, niepokonane w derbach przez pięć kolejnych spotkań. Ostatnie zwycięstwo Romy datowane jest na 13 marca 2011 roku, gdy po dwóch golach Tottiego ograło Biancocelestich 2-0. 2011 rok - prehistoria niemalże. Cóż to była wtedy za Roma? Jeszcze w rękach rodziny Sensich. Z Vincenzo Montellą na ławce trenerskiej. Sezon 2010/11 w ogóle był udany, jeśli chodzi o potyczki z Lazio, dla Giallorossich. Wygrali wszystkie trzy spotkania - oba w lidze i jedno w Coppa Italia.

Właściwie trudno w składach doszukiwać się niespodzianek. No, może z jednym wyjątkiem - Rudi Garcia zdecydował się zostawić na ławce rezerwowych Adema Ljajicia, który w tygodniu zmagał się z urazem, stawiając w podstawie na Gervinho. Oprócz niego w ataku również kapitan, Francesco Totti (jako fałszywa "9") oraz Alessandro Florenzi. W pomocy standard: De Rossi przed obroną a przed nim Strootman z Pjaniciem. W obronie kwartet Maicon, Benatia, Castan i Balzaretti a w bramce Morgan De Sanctis.

Vladimir Petković również wystawił do gry najlepsze, co miał. W bramce Marchetti, w obronie od prawej: Cavanda, Ciani, Cana i Konko. Przed nimi Ledesma. Na skrzydłach - Candreva z Luliciem a w środku Hernanes ubezpieczany Gonzalezem. Na szpicy - Miroslav Klose.

Rudi Garcia na konferencji przedmeczowej powiedział zdanie, które znakomicie nadaje się na bon mot - "un derby non si gioca, un derby si vince". Derbów się nie rozgrywa, derby się wygrywa. No i dokładnie tak zrobiła Roma. Pierwsza połowa była - co tu dużo kryć - nudna i nieco rozczarowująca. Oba zespoły skupiły się raczej na walce niż graniu w piłkę, w efekcie czego oglądaliśmy trochę niedokładności, szarpanej gry, fauli. Niespecjalnie dużo się działo pod bramkami. Znudziło to trochę Federico Marchettiego, który postanowił ubarwić nieco spotkanie - dwukrotnie wikłał się w dziwaczne (na jego szczęście skuteczne) dryblingi z napastnikami Romy, bawił się w wyjścia poza pole karne. Jeśli jednak spojrzymy na sprawę uczciwie, to w szeregach Lazio trzeba go uznać za najlepszego, bo w drugiej części gry kilkukrotnie ratował swój zespół.

Ano właśnie - druga połowa. Gdy Roma przetrwała okres walki wręcz i przyszło do grania w piłkę, Lazio zostało zdeklasowane. To Giallorossi dyktowali warunki na boisku i okres ich dominacji zbiegł się zresztą z pojawieniem się na murawie Adema Ljajicia, który zmienił Alessandro Florenziego. Ja zresztą, przyznam szczerze, nie jestem fanem wystawiania tego chłopaka (mówię o Florenzim) w ataku. To nie jest ktoś, kto ma dobrą kiwkę, potrafi wygrywać po kilka pojedynków 1 vs 1 na mecz i ładować piłki w pole karne. Zresztą nie kogoś takiego potrzebuje Roma, bo nie gra przecież z wykorzystaniem typowej "9". Casus młodego Włocha przypomina mi casus Kevina-Prince'a Boatenga, gdy ze świetnego box-to-boxa zrobiono bocznego napastnika. Oczywiście, Florenzi gdy dostanie jakieś wytyczne, zrealizuje je, lecz na jakiś błysk z jego strony bym nie liczył. Z pewnością też na jego grę w ataku ma wpływ mocna obsada drugiej linii (gdzie pewnie by się nie łapał do podstawy) oraz marne alternatywy z przodu, gdzie oprócz niego do wyboru są jeszcze Borriello, wiecznie kontuzjowany Destro i Gervinho. Na dłuższą metę miejsce w napadzie powinno zostać obsadzone kimś innym, niż Florenzi, który ustawiony wysoko mniej pracuje w destrukcji i łapie niższe noty.

Wróćmy jednak do Ljajicia, bo ten dał naprawdę znakomitą zmianę. Rozruszał poczynania ofensywne Romy i po raz kolejny okazał się decydujący. Przypomnijcie sobie Państwo mecz w Weronie. Pierwsza połowa mizerna, w drugiej pojawia się Serb i Roma odprawia Hellas 0-3. Podobnie w derbach - po wejściu na murawę, Ljajić szuka gry kombinacyjnej, pokazuje się do gry, wreszcie "robi" karnego i go wykorzystuje. Pozostaje pytanie, czy były napastnik Fiorentiny potrafi utrzymać taką aktywność nie tylko wchodząc z ławki? W Parmie zagrał od początku i zagrał słabo - został zmieniony w przerwie. Ciekaw jestem na ile jest to defekt Serba, który sprawdzał się w tym sezonie tylko w roli "jokera", a na ile całego zespołu, który niepierwszy już mecz rozstrzyga po zmianie stron. Przypomnijmy sobie - w Livorno oba gole w drugiej połowie, w Weronie (o czym pisałem) również, na Ennio Tardini to samo. Tak też i w meczu z Lazio. Chyba jest to raczej jednak szczęśliwy dla Serba zbieg okoliczności, że dwukrotnie przebywał na boisku w dobrym dla zespołu okresie.

Do zachwytów nad Ljajiciem, nie sposób nie dorzucić braw dla, wiecznie młodego, Francesco Tottiego. Il Capitano przedłużył niedawno kontrakt z klubem do 2016 roku i mimo wielu wiosen na karku pozostaje największą gwiazdą Giallorossich. Ponownie zresztą przestawiony przez Garcię na pozycję fałszywej "9" przeżywa kolejny już renesans formy. W niedzielnych Derby della Capitale - l'uomo-partita, man of the match. Bezsprzecznie najlepszy. Asysta przy golu Balzarettiego i kolejne - sprawdziłem z ciekawości - osiem wypracowanych okazji dla kolegów z drużyny. W meczu o takim ciężarze gatunkowym - kosmos.

Żeby być uczciwym trzeba też przyznać, że i Lazio miało swoje okazje na początku drugiej połowy. Stuprocentowe okazje mieli Ciani i Klose, ale żaden z nich nie pokonał De Sanctisa. Dodać też trzeba kuriozalną czerwoną kartkę dla Andre Diasa w końcówce. Znacznie utrudniło to, dość trudną i tak, odpowiedź - a było to przy stanie 1-0 dla Romy. Giallorossi byli bardziej głodni tego zwycięstwa i przez ostatnie dziesięć minut dosłownie grillowali, grające w osłabieniu, Lazio. A że dobrze ustawiona Roma - prowadzona przez trenera, który nie jest amatorem - ma potencjał znacznie większy od lokalnego rywala, mówiłem już dawno. I wyszło na moje.

poniedziałek, 23 września 2013

SERIE A: GENOA 0-0 LIVORNO

Spodziewałem się po tym meczu więcej, dużo więcej. Liczyłem na to, że dla Genoi wygrane derby będą punktem zwrotnym. Livorno zaś ma przecież kilku weteranów, ciekawy ofensywny tercet Greco-Paulinho-Emeghara uzupełnionych utalentowanymi wychowankami Interu. Zawiodłem się i to srogo. Obiektywnie jednak patrząc - jakich cudów można się było spodziewać po zespołach, które wymieniły do tej pory najmniej podań i oddały najmniej strzałów w lidze?

Fabio Liverani tydzień temu przestawił swój zespół na grę 3-5-2 i to dało mu wymierny efekt w postaci pokonania Sampdorii 3-0. W piłkę wówczas Genoa grała słabo, ale wprowadzeni do składu Luca Antonini oraz Emanuele Calaiò wpisali się na listę strzelców. Opiekun Grifone wyszedł z założenia, że zwycięskiego składu się nie zmienia i postawił na tych samych piłkarzy, którzy tryumfowali tydzień wcześniej: Perin; Gamberini, Portanova, Manfredini; Vrsaljko, Biondini, Lodi, Matuzalem, Antonini; Calaiò, Gilardino.

Davide Nicola postawił na praktycznie tych samych ludzi, którzy w poprzedniej kolejce przyczynili się do zwycięstwa 2-0 nad Catanią. Jedyną różnicą była obecność na środku obrony Rinaudo w miejsce kontuzjowanego Emersona. Pełne zestawienie prezentowało się zatem następująco: Bardi; Ceccherini, Rinaudo, Coda; Schiattarella, Luci, Biagianti, Mbaye; Greco; Paulinho, Emeghara.

Od początku spotkania żaden z zespołów nie potrafił uporządkować gry w środku pola. Na boisku nie działo się zbyt wiele, sytuacji do zdobycia gola było mało a gra była szarpana. Wyraźnie brakowało ludzi, którzy potrafiliby utrzymać piłkę w grze na połowie rywala. W Genoi kimś takim miał być Francesco Lodi, ten jednak - przynajmniej na dziś - nie ma takiego wpływu na grę swojego zespołu, jak oczekiwano. Obrazu nie może zaciemnić fantastyczny gol byłego rozgrywającego Catanii przeciwko Sampdorii, którym ustalił wynik na 3-0. Mam wrażenie, że gra zbyt asekuracyjnie, zbyt głęboko. Szczególnie, że Genoa cierpi na brak łącznika między atakiem a pomocą. Dotychczas problem rozwiązywała dobra postawa skrzydłowych. Czy to Luki Antonellego (z lewej) czy Mario Sampirisiego lub Sime Vrsaljko z prawej, którzy dośrodkowywali piłki napastnikom. Jeśli Liverani liczy tylko i wyłącznie na postawę swoich wahadłowych, może się przeliczyć, co dość boleśnie obnażył beniaminek z Toskanii. Grający z prawej strony Vrsaljko został całkowicie wyłączony z gry przez Ibrahima Mbaye, którego prezes Aldo Spinelli ogłosił "nowym Chiellinim". Do klasy defensora Juve jeszcze sporo brakuje, nie sposób jednak zaprzeczyć oczywistym faktom - wychowanek Interu rozegrał bardzo dobre zawody na Marassi. Jeśli Państwo nie wierzą mi na słowo, podeprę się statystykami. Senegalczyk zanotował aż siedem odbiorów, jeden przechwyt i jedno wybicie, nie faulując ani razu.

Jeśli chodzi o zespół Livorno - z pewnością rozczarował Leandro Greco, który miał dostarczać piłki do tego ciekawego duetu Paulinho-Emeghara. Wychowanek Romy kompletnie się z tej roli nie wywiązał i najciekawsze próby dogrania piłki do Brazylijczyka podejmował Schiattarella. Słaby mecz zagrał też drugi z napastników, Innocent Emeghara, po którym spodziewałem się, że będzie robił dużo wiatru, rozbijał obronę Genoi i szarpał. Szwajcar tymczasem spaprał jedną stuprocentową sytuację, raz uderzył z dystansu i tyle go było widać. Davide Nicola zdjął go zresztą, reagując skądinąd dość rozsądnie, zastępując - operującym za napastnikiem - Siligardim.

Genoa mogła to spotkanie jednak wygrać, lecz a to w poprzeczkę uderzył Manfredini, a to znowu w ostatnich już minutach gry kapitalną interwencją na linii popisał się Francesco Bardi, notabene kolejny z wychowanków Interu w zespole Livorno. Gospodarze nie dawali mu przez cały mecz zbyt wielu szans do popisu, gdy jednak przyszło co do czego, młody golkiper okazał się decydujący. Naprawdę polecam Państwu obserwować tego bramkarza, bo to talent dużego kalibru. 

niedziela, 15 września 2013

SERIE A: TORINO 2-2 MILAN

Sobotni mecz na stadionie olimpijskim w Turynie był konfrontacją wyczekiwaną. Oczywiście, o godzinie 18 rozgrywane były Derby d'Italia na mediolańskim San Siro, lecz na deser powtórnie w barwach Milanu zagrać miał Kakà. Transfer last-minute, ostatni puzzel w układance, która układała się w obraz drużyny Massimiliano Allegrego w zmienionym systemie gry na 4-3-1-2 z Brazylijczykiem w roli "10" za plecami dwóch napastników. Milan na brak trequartisty cierpiał odkąd Kakà odszedł do Madrytu i teraz oto miał tryumfalnie wrócić do domu a Rossoneri mieli nawiązać do czasów, gdy święcili tryumfy. Tak się nie stało.

Słówko jednak o Torino. Nestor wśród włoskich trenerów, Giampiero Ventura, od sezonu 2013/14 zaproponował bowiem nowe ustawienie swojego zespołu w związku z odejściem dotychczasowego kapitana, reprezentanta Italii, Angelo Ogbonny. Torino porzuciło 4-4-2 (lub 4-2-4 jak, nie wiedzieć czemu, rozpisywali to włoscy dziennikarze) i przeszło na grę trójką obrońców. W bramce zagrał zatem Padelli, w obronie tercet Glik - Bovo - Moretti. Po bokach grali Darmian i D'Ambrosio - do niedawna po prostu boczni obrońcy, dziś wahadłowi - w środku pomocy Brighi, Vives i, wypożyczony z Napoli, Omar El Kaddouri a w ataku Ventura postawił na wychowanka Juventusu, Ciro Immobile oraz Alessio Cerciego - największą obecnie gwiazdę Toro.

Allegri zmagać się musiał z plagą kontuzji, szczególne problemy mając ze skompletowaniem formacji obronnej. Operację przeszedł bowiem De Sciglio a kontuzjowani są również Bonera (od dłuższego czasu), Silvestre oraz Abate. Ponadto toskański trener znów na ławce posadził Andreę Polego (będącego chyba w najwyższej, obok De Jonga, dyspozycji z pomocników Milanu) oraz Alessandro Matriego. Z powodu kontuzji wypadł również El Shaarawy, więc w podstawie wyszedł Robinho. Całość prezentowała się następująco: Abbiati; Zaccardo, Zapata, Mexes, Emanuelson; Montolivo, De Jong, Muntari; Kakà; Robinho, Balotelli.

Milan zagrał dramatycznie źle. Po występach z Cagliari i PSV wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, że drużyna wskakuje na właściwe tory a do tego przybycie Kaki wniosło nowe pokłady entuzjazmu. Tymczasem na Olimpico Rossoneri powtórzyli wszystkie błędy z Werony. Znów byli ospali, znów ślamazarni. Trudno napisać o grze gości cokolwiek nowego. To po raz kolejny był Milan jaki pamiętamy z poprzedniego sezonu, z wielu meczów jeszcze poprzedniego a nawet z końcówki kadencji Carlo Ancelottiego. Milan, który zdaje się wychodzić na boisko za karę, grający na stojąco. Jak zagrał Kakà, który miał wnieść nową jakość? Cóż, jeśli ktokolwiek liczył na to, że cztery lata w Madrycie podziałały na Brazylijczyka jak zimowy sen, jak hibernacja i zawodnik wróci taki, jakiego go pamiętamy z czasów przed odejściem, to właściwie się nie pomylił. Nie oznacza to jednak, że rozegrał on olśniewające zawody - wręcz przeciwnie. Mówiąc o Kace pamięta się gracza, który właściwie w pojedynkę zatargał Milan do ateńskiego finału Champions League, lecz mało kto pamięta, że po roku 2007 spędził on w Mediolanie jeszcze dwa lata i że przez ten czas grał właśnie tak, jak w sobotę. Wrócił "stary Kakà"? Owszem, ten z 2008 roku - stłamszony, mało dynamiczny, niegroźny i mający problemy ze zdrowiem. Mecz z Torino zakończył w 70', gdy zmienił go Birsa.

Krótko też o Mario Balotellim. Czarnoskóry snajper znów pokazał swoje gorsze oblicze. Zagrał słaby mecz, zmarnował dwie wyśmienite okazje i po raz kolejny bardziej niż na grze w piłkę skupiał się na walce wręcz z obrońcami, szukaniem fauli, dyskusją z arbitrem. Przykro się to ogląda. Na szczęście nie ma w zwyczaju marnować rzutów karnych i zdołał ustalić wynik w 97' na 2-2.

O innych antybohaterach w szeregach Milanu chyba nie ma sensu pisać. Nikt bowiem nie spodziewał się, że Zaccardo (gol D'Ambrosio na jego konto) jest w stanie zagrać na wysokim poziomie. Robinho przecież już od kilkunastu miesięcy udowadnia, że do grania w piłkę na wysokim poziomie nijak się nie nadaje i nie zmieniają tego gole na treningach z początku przygotowań. Dość jasne jest też, że Zapata przez pół poprzedniego sezonu szukał formy, by przez wakacje gdzieś ją zgubić. Warto by było napisać coś o pozytywach. Bardzo dobrą zmianę - już po raz drugi - dał Alessandro Matri. Widać było, że bardzo się starał, szukał wolnych przestrzeni (wychodzi na to, że sporo racji miał pewien sympatyk Juve, który twierdził, że jest to napastnik z najlepszym wyjściem na pozycję w kadrze Bianconerich) oraz dwukrotnie otwierał Balotellemu drogę do bramki Padellego. Nie po raz pierwszy również dobrze spisał się Andrea Poli. Gol w Weronie, gol z PSV, do tego duża ruchliwość i chęć do gry. Gdyby każdy z pomocników Milanu grał tak, jak były zawodnik Sampdorii, może pomysły Allegriego na środkową linię złożoną z box-to-boxów miałby jakiś sens. Pod koniec meczu to właśnie on wykorzystał błąd Pasquale i dał Rossonerim karnego na wagę punktu.

Zaskoczyła mnie postawa Torino. Nie sądziłem, że ten zespół pod wodzą Ventury jest w stanie zagrać tak odważnie, tak widowiskowo i tak ofensywnie, jak w sobotę. Granatę kojarzyłem raczej z murowaniem środka i długimi podaniami do wybiegających skrzydłowych (wówczas Cerciego i Santany) oraz napastników. Tymczasem Toro piłkarsko było drużyną od Milanu lepszą. Grali szybciej, grali dokładniej, no i mieli w swoich szeregach fenomenalnego Alessio Cerciego. Na koncie asysta oraz gol a do tego masa wygranych pojedynków 1 na 1 i rajdów. Definitywnie najlepszy na boisku, man of the match. Jeśli kiedykolwiek miałem (a miałem!) wątpliwości co do klasy wychowanka Romy, po tym meczu zostały one rozwiane. Cerci to absolutnie fuoriclasse, gracz którego nie wstyd pokazać na arenie międzynarodowej. Coraz lepiej wygląda też jego partner z ataku, Ciro Immobile. Poprzedni sezon spisany na straty w Genoi. W sobotę asystował Cerciemu, ale również sam stanowił zagrożenie. Może jednak talent byłego reprezentanta włoskiej młodzieżówki nie pójdzie na zmarnowanie i Torino będzie portem, w którym zakotwiczy na dłużej, odbudowując się piłkarsko. Oby, tego mu należy życzyć.

Graczem, który jednak najmilej mnie zaskoczył był Omar El Kaddouri. Swego czasu było o nim dość głośno. Kolejni dziennikarze zachwycali się talentem młodego ofensywnego pomocnika, grającego wówczas w Serie B w barwach Brescii. Ba, pod swoje skrzydła wziął go nawet Mino Raiola, który umieścił go później w Napoli. Pod Wezuwiuszem młody Marokańczyk nie mógł jednak liczyć na regularne występy i władze Azzurrich zdecydowały się wysłać go na wypożyczenie. Tak trafił do Torino. Słyszałem oczywiście, że to świetnie wyszkolony technicznie zawodnik, że ma potencjał. Nie sądziłem jednak, że jest on w stanie zagrać tak dojrzałe pod względem taktycznym zawody, że tak dobrze radzi sobie w defensywie. Jeśli Ventura będzie dalej nad nim pracował i rozwijał go w tym kierunku, może pomóc mu się stać naprawdę bardzo dobrym (i kompletnym) pomocnikiem.

Torino może mieć pretensje do samych siebie, że tego meczu nie udało im się wygrać. Mieli rozbity Milan na tacy, mieli wynik 2-0. Wystarczyło to dowieźć do końca. Tymczasem Ventura ściągnął lidera, Cerciego a Rossoneri za punkt mogą dziękować niebiosom. Najpierw kuriozalny gol Muntariego, później rzut karny wykorzystany przez Balotellego. Złośliwi pewnie powiedzą, że znów arbiter ciągnie mediolańczyków za uszy, lecz - czy się to podoba czy nie - Pasquale faulował Polego. Ironiczne "rigore per il Milan" nie ma więc żadnego uzasadnienia. Choć we Florencji pewnie usłyszą Państwo coś innego.

wtorek, 27 sierpnia 2013

SERIE A: FIORENTINA 2-1 CATANIA

Poniedziałkowe spotkanie nie tylko zamykało pierwszą kolejkę nowego sezonu Serie A. Było też setnym, jubileuszowym meczem Vincenzo Montelli w roli trenera. Pięknie się złożyło, że okazję tę świętował podejmując we Florencji zespół, który prowadził wcześniej, który otworzył mu drogę do futbolu przez duże "F" - Catanię. Sycylijczycy musieli zaś radzić sobie bez dotychczasowych filarów - rozgrywającego, Francesco Lodiego (przeniósł się do Genoi) oraz Papu Gómeza (słoneczną Katanię zamienił na ukraiński Charków). Jedni odchodzą, lecz ich miejsce zajmują inni. Kibice Rossoazzurrich największe nadzieje pokładają w dwójce piłkarzy występujących na lewej flance - obrońcy Fabio Monzónie oraz skrzydłowym Sebastiánie Leto.

Piłkarska Florencja żyje ostatnio sprawą Adema Ljajicia. Chcącego odejść Serba mają dość nie tylko tifosi Violi, którzy wygwizdali go podczas prezentacji drużyny, trener Montella - który oficjalnie powiedział: "mi sono stufato di Ljajić" ("mam dość Ljajicia" - przyp. TK), lecz również koledzy z drużyny, z którymi pokłócił się krnąbrny napastnik. Fiorentina zdaje się być pogodzona ze stratą gracza i wytypowała już nawet następcę - reprezentanta chorwackiego młodzieżówki (grał tego lata na Mistrzostwach Świata U-20), Ante Rebicia.

Montella ponownie ustawia swój zespół w systemie 3-5-2. W bramce znów Neto. L'Aereoplanino dokonał jednak roszad w defensywie. Na środku, rzecz jasna, Gonzalo Rodriguez. Na ławce usiadł Roncaglia, lecz w jego miejsce opiekun Violi nie desygnował do gry Tomovicia (jak spekulowano), lecz przestawił Savicia na pozycję pół-prawego obrońcy a po lewej ręce Rodrigueza zagrał Marvin Compper. W pomocy jedna zmiana - do składu wrócił David Pizarro, który zajął miejsce Ambrosiniego. Razem z Chilijczykiem w środku zagrali Borja Valero i Alberto Aquilani. Na skrzydłach - Cuadrado i Pasqual a w ataku tandem Gómez - Rossi.

Po stracie Lodiego Rolando Maran zdecydował się porzucić system 4-3-3 na rzecz 4-2-3-1, oddając stery drużyny w ręce Pablo Barrientosa, grającego za plecami Gonzalo Bergessio. Ofensywny kwartet uzupełniali Sebastián Leto (z prawej strony) i Lucas Castro (z lewej). Duet środkowych pomocników stanowili - pozyskany z Romy - Panagiotis Tachtsidis oraz - kapitan Catanii - Mariano Izco. Czwórka obrońców to - od prawej - Pablo Álvarez, Giuseppe Bellusci, Nicolás Spolli oraz, wspomniany już, Fabio Monzón. W bramce reprezentant Argentyny - Mariano Andújar.

Mecz na Artemio Franchi był bardzo dobrym widowiskiem, co można było zresztą łatwo przewidzieć. Zarówno Montella, jak i Maran lubią futbol na "tak", grę po ziemi i wysoki pressing. Obaj zresztą mają do tego znakomitych piłkarzy - świetnych rozgrywających i oszałamiających dryblerów. Szczególnie widowiskowa była pierwsza połowa, w której padły wszystkie gole. Druga odsłona gry toczona była w nieco niższym tempie, choć i tak oglądało się ją przyjemnie. Catanii czkawką odbiła się krótka ławka, bo pod koniec wyraźnie zeszło z niej powietrze, brakowało kogoś, kto mógłby jeszcze przyspieszyć. Viola kogoś takiego w swojej talii miała - mowa oczywiście o Matíasie Fernándezie, graczu nieszablonowym, kreatywnym, widowiskowym dryblerze, który jeszcze w końcówce tchnął nieco życia w ten mecz. Decydujący - po raz kolejny - okazał się Juan Cuadrado, którego rajdy prawą stroną przyniosły dwa gole dla Fiorentiny. Za pierwszym razem ograł Nicolása Spolliego i wycofał piłkę do Pepito Rossiego, który pokonał Andújara i otworzył wynik. Błąd w tej sytuacji popełnił Pablo Álvarez, który nie przejął krycia napastnika Fiorentiny. Drugi gol to niemalże kopia pierwszego. Cuadrado tym razem objechał lewego obrońcę, Fabio Monzóna, zacentrował. Wówczas jeszcze Tachtsidis zdążył ściągnąć futbolówkę z nogi zawodnika Violi, lecz wybił ją za krótko i ta trafiła pod nogi Davida Pizarro. Na zamach ograł Bergessio, później właśnie Tachtsidisa i huknął w okienko. Chilijczyk zrehabilitował się za błąd przy golu dla Catanii.

Goście przegrali, lecz z pewnością nie mają się czego wstydzić. Zagrali dobry mecz, będąc równorzędnym rywalem dla Fiorentiny. Maran wykonuje kawał dobrej pracy ze swoim zespołem i kto wie, gdzie trafi w przyszłości. Prezes Antonio Pulvirenti to absolutna czołówka wśród piłkarskich działaczy we Włoszech i doskonale dobiera podwładnych. To właśnie w jego klubie eksplodowały trenerskie talenty takich ludzi jak właśnie Vincenzo Montella czy też Diego Simeone. Dobra organizacja gry, ofensywny sznyt, dużo ruchu z przodu, wymienność pozycji i świetnie opracowane stałe fragmenty gry, po których Etnei stwarzają sobie dużo sytuacji strzeleckich - tymi słowami można opisać grę Catanii pod batutą Marana - człowieka, który nie ma żadnych kompleksów wobec nikogo. Dość powiedzieć, że w przeszłości nieomal wprowadził prowincjonalne Varese do Serie A. Świetnie spisał się duet środkowych obrońców Spolli - Bellusci. Twardzi i nieustępliwi w grze, kompletnie stłamsili największą gwiazdę Violi - Mario Gómeza. Niemiec miał bić kolejne rekordy strzeleckie, tymczasem do Florencji przyjechała malutka Catania i jej tandem ze środka obrony dosłownie wytarł gwiazdorem podłogę. Z prawdziwą przyjemnością oglądało się też poczynania skrzydłowego Leto. Świetny w pojedynkach 1 vs 1, dobrze pasuje do gry Catanii. To właśnie po jego akcji, w której ograł Savicia i dośrodkował w pole karne - duży błąd Pizarro, któy powinien interweniować - padł gol. Bardzo możliwe, że absencja Papu Gomeza będzie niezauważalna dzięki Argentyńczykowi oraz większej odpowiedzialności za grę złożonej na barki Pablo Barrientosa - największej obecnie gwiazdy Rossoazzurrich. Barrientos był wszędzie, cały czas pod grą, cały czas pokazujący się do gry. Wreszcie to on strzelił gola na 1-1. Sporym rozczarowaniem okazał się Fabio Monzón, z którego wiatrak przez pierwszą połowę robił Cuadrado. Na drugą już nie wyszedł, a jego miejsce na lewej obronie zajął Pablo Álvarez, który z Kolumbijczykiem radził sobie o wiele lepiej. Więcej spodziewałem się też po Gonzalo Bergessio. Mało widoczny, miał stuprocentową okazję po widowiskowym rajdzie Bellusciego, lecz strzelił prosto w Neto.

W barwach Violi po raz kolejny świetnie pokazał się Giuseppe Rossi. Strzelił gola, mógł mieć również na koncie asystę, gdyby w stuprocentowej sytuacji w słupek nie trafił Gómez. Dwójka napastników miała trudną przeprawę z obrońcami Catanii, lecz to Pepito wyszedł z tego starcia z twarzą. Świetny powrót do składu zaliczył, wspomniany już, David Pizarro. Pek to prawdziwy lider. W poniedziałek nie miał łatwo, Catania często blokowała korytarze i zmuszony był zagrywać długie piłki. Poniżej możliwości za to Borja Valero, którego stać na więcej a cieniem na jego występie kładzie się również fakt, iż to on był graczem, który odpuścił Barrientosa i dał mu wbiec w pole karne i strzelić gola. Niespecjalnie przekonują mnie też Savić z Compperem. Fiorentina - jeśli chce bić się z najlepszymi - musi wzmocnić obronę. Jeden Gonzalo Rodriguez to za mało.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

SERIE A: INTER 2-0 GENOA

Nowy Inter, nowa Genoa - te dwa zespoły zmierzyły się na inaugurację rozgrywek. Obie drużyny pod wodzą nowych trenerów, kolejno: Waltera Mazzarriego i Fabio Liveraniego. Zarówno Nerazzurri jak i Grifone nie mogą zaliczyć poprzednich sezonów do zbyt udanych. Pierwsi wypadli poza strefę pucharową, drudzy zagrożeni byli spadkiem do Serie B. Obecne rozgrywki miały być inne.

Walter Mazzarri wyszedł bardzo zachowawczo, ustawiając swój zespół w systemie 3-5-1-1 z tercetem środkowym pomocników: Kuzmanović, Cambiasso, Guarin i Rickym Alvarezem za plecami - notabene byłego napastnika Genoi - Rodrigo Palacio. 3-osobowa obrona złożona zaś była ze starego znajomego Mazzarriego (pracował z nim w Sampdorii i Napoli) - Hugo Campagnaro, któremu towarzyszyli Andrea Ranocchia i Juan Jesus. W bramce - oczywiście - Samir Handanović. Tylko na ławce usiedli: utalentowany środkowy pomocnik, Mateo Kovacić oraz nowe nabytki Interu - Mauro Icardi oraz Saphir Taider.

Genoa ustawiona w systemie 4-3-2-1 - tak, by przede wszystkim bronić dostępu do własnej bramki. Między słupkami - Mattia Perin. W 4-osobowej linii defensywnej zagrali: Sime Vrsaljko (nowy nabytek!), Daniele Portanova, Thomas Manfredini i Luca Antonelli. Stery drużyny trzymał - pozyskany z Catanii - Francesco Lodi, którego ubezpieczać mieli Juraj Kucka oraz Isaac Cofie (w poprzednim sezonie pokazał się z dobrej strony w barwach Chievo). Na szpicy Alberto Gilardino wspierany przez Mario Santanę i Andreę Bertolacciego.

Oba zespoły bardzo wyraźnie nie chciały przegrać i pierwsza połowa była - co tu kryć - nudna. Genoa ustawiła się nisko, Cofie z Kucką robili to, co umieją najlepiej - przeszkadzali rywalowi w grze - a Luca Antonelli skutecznie powstrzymywał dryblerskie zapędy Rickiego Alvareza w tym sektorze boiska. Inter grał ślamazarnie, w dodatku pchając się - na rympał - właśnie prawą stroną boiska. Genoa zaś niespecjalnie potrafiła flegmatycznych mediolańczyków skontrować. Druga połowa pokazała jednak klasę trenera Mazzarriego. Sympatyczny szkoleniowiec, stylizujący się swego czasu na Zbigniewa Wodeckiego, zagrał odważniej i to mu się opłaciło. Gdybym stylizował ten post na ludową bajkę, nadałbym mu tytuł "O tym jak cwany wyga Mazzarri, żółtodzioba Liveraniego wydudkał". Krótko po przerwie opiekun Interu odblokował - zdejmując z boiska Kuzmanovicia i zastępując go Icardim - środek pola i zmienił warunki gry. Od tamtego momentu skończyły się szachy a zaczął futbol. Nerazzurri przyspieszali i coraz bardziej zostawiali genueńczyków w tyle. Mazzarri zagrał va banque - zdjął Cambiasso, wprowadził Kovacicia i kompletnie zdominował rywala. Zagranie przyniosło oczekiwany efekt - Inter wpakował gola na kwadrans przed końcem meczu, a niedługo przed ostatnim gwizdkiem poprawił drugim - tak dla pewności - zapewniając sobie pewne zwycięstwo.

Gdyby bawić się w indywidualne laurki, na gracza meczu wybrałbym Hugo Campagnaro. Tifosi Nerazzurrich chyba właśnie przestali tęsknić za Lucio - mają jego następce i to w dodatku za darmo. El Toro nie tylko stanowił mur nie do przejścia, lecz również był jednym z aktywniejszych kreatorów ofensywnych poczynań gospodarzy. Bardzo dobre wejście do zespołu miał też Mauro Icardi - dwukrotnie próbował pokonać bramkarza Genoi. Za pierwszym razem przegrał pojedynek z Perinem, za drugim młodego golkipera uratowała poprzeczka. W końcu pewnie wyglądał Andrea Ranocchia, który był również niezwykle groźny przy rzutach rożnych a w pomocy dobre zawody rozegrał Freddy Guarin.

W barwach Genoi najlepiej zaprezentowali się - wspomniani już - Kucka i Cofie. Więcej spodziewałem się po Francesco Lodim. Kompletnie zaś rozczarowali Santana i Bertolacci. Reprezentacyjną formę potwierdza za to Antonelli a i Vrsaljko okazuje się być dobrym nabytkiem.

SERIE A: HELLAS 2:1 MILAN

Sezon 2013/14 inaugurowało spotkanie w Weronie. Na Stadio Bentegodi, wracające po jedenastu sezonach rozegranych w niższych ligach, Hellas podejmowało Milan, który walczy o awans do fazy grupowej Champions League. Chyba nikt z kibiców Rossonerich nie oczekiwał łatwej przeprawy w pierwszym meczu po powrocie podopiecznych Andrei Mandorliniego do Serie A, lecz porażka w tak fatalnym stylu pozostaje zaskoczeniem.

Najgorzej zaprezentowała się druga linia, złożona z Włochów. Allegri zdecydował się pozostawić na ławce Nigela De Jonga, który w tygodniu zmagał się z problemami zdrowotnymi. Szansę od pierwszych minut dostał zatem Andrea Poli, w środku (gdzie wcześniej grał De Jong) wyszedł Riccardo Montolivo, jako lewy półskrzydłowy - Antonio Nocerino. Gdy to Milan był przy piłce (czyli przez większość spotkania), środkowa formacja grała zbyt wolno, zbyt schematycznie i zbyt ślamazarnie. Nie była w stanie zagrozić, nisko ustawionemu w obronie, Hellas. Początkowo nieźle prezentował się Poli, który kilkukrotnie próbował wchodzić w pole karne po rozegraniu piłki z Balotellim. Jedna z tych akcji zakończyła się golem w 14'. Później było już jednak gorzej i były pomocnik Sampdorii dostosował się do poziomu swoich kolegów. Ci grali jeszcze gorzej. Antonio Nocerino był kompletnie niewidoczny. Biorąc pod uwagę fakt, że jest to zawodnik, który przy próbie dryblingu stosuje zapaśnicze chwyty, może to i lepiej. Niestety rola "pomocnika-widmo" odbijała się czkawką, gdy z kontrą wychodzili podopieczni Mandorliniego. Nocerino spóźniał się z asekuracją.

Błędy w asekuracji były dla Milanu szczególnie dotkliwe, gdyż bardzo wysoko ustawiali się boczni obrońcy. Wobec mizerii w środku, piłkarze Allegriego wykorzystywali boki do atakowania. Niewiele dobrego można napisać jednak na temat ofensywnych poczynań dwójki bocznych defensorów Rossonerich.  Kevina Constanta oraz Ignazio Abate. Pierwszy, rzadziej wykorzystywany, nie był żadnym zagrożeniem - żadne z jego trzech dośrodkowań nie było celne. W tzw. "attacking third", czyli tej jednej trzeciej boiska, która położona jest najdalej od własnej bramki, miał ledwie cztery podania, z czego połowa niecelna. Constant zagrywał głównie do tyłu lub do boku. Gdy kilkukrotnie zmieniał kierunek podań i decydował się zagrać do przodu, robił to niecelnie. Jeszcze więcej pretensji mam do Abate, który jest przecież obrońcą aspirującym do gry w wyjściowym składzie reprezentacji Włoch. To właśnie Ignazio był zawodnikiem, przez którego przechodziła większość akcji ofensywnych Milanu. Do tego, że nie potrafi dośrodkowywać, niestety mnie już przyzwyczaił. Przeciwko Hellas futbolówkę wrzucał dziewięciokrotnie - ani razu celnie.

Osobny akapit warto poświęcić stałym fragmentom gry. Wątpię, by znalazła się osoba potrafiąca wytłumaczyć mi, jakim cudem Allegri pracując z drużyną czwarty sezon nie potrafi opracować żadnych schematów. Milan nie potrafi wykorzystać rzutów rożnych a jedynym schematem na rozegranie rzutu wolnego jest Mario Balotelli, który huknie ze stojącej piłki. Najgorsze jest jednak to, że Rossoneri fatalnie prezentują się również gdy idzie o bronienie. To po golu Luki Toniego, który padł po rzucie rożnym, Hellas złapało wiatr w żagle. Co w tej sytuacji robili Zapata z Mexesem? To pozostanie chyba ich słodką tajemnicą. Kolumbijczyk zawalił zresztą krycie Toniego również w drugiej połowie i ex-napastnik m.in. Bayernu dopisał sobie kolejną bramkę na konto, gdy znakomicie, na nos, futbolówkę dorzucił mu Janković. Mastini - czyli mastify - w drugiej połowie zresztą znakomicie wykorzystywali fakt, że Milan musiał się odkryć i dramatycznie źle asekurował biegających wysoko bocznych obrońców. Im dłużej trwał mecz, to bym bardziej pachniało golem dla gospodarzy. Mandorlini miał w swoich szeregach graczy idealnych do tego typu gry - świetnie dysponowanego Raphaela Martinho czy też - znanego z Fiorentiny - Romulo. Udany powrót Hellas do Serie A. Milan do poprawki.