Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milan. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 września 2013

SERIE A: TORINO 2-2 MILAN

Sobotni mecz na stadionie olimpijskim w Turynie był konfrontacją wyczekiwaną. Oczywiście, o godzinie 18 rozgrywane były Derby d'Italia na mediolańskim San Siro, lecz na deser powtórnie w barwach Milanu zagrać miał Kakà. Transfer last-minute, ostatni puzzel w układance, która układała się w obraz drużyny Massimiliano Allegrego w zmienionym systemie gry na 4-3-1-2 z Brazylijczykiem w roli "10" za plecami dwóch napastników. Milan na brak trequartisty cierpiał odkąd Kakà odszedł do Madrytu i teraz oto miał tryumfalnie wrócić do domu a Rossoneri mieli nawiązać do czasów, gdy święcili tryumfy. Tak się nie stało.

Słówko jednak o Torino. Nestor wśród włoskich trenerów, Giampiero Ventura, od sezonu 2013/14 zaproponował bowiem nowe ustawienie swojego zespołu w związku z odejściem dotychczasowego kapitana, reprezentanta Italii, Angelo Ogbonny. Torino porzuciło 4-4-2 (lub 4-2-4 jak, nie wiedzieć czemu, rozpisywali to włoscy dziennikarze) i przeszło na grę trójką obrońców. W bramce zagrał zatem Padelli, w obronie tercet Glik - Bovo - Moretti. Po bokach grali Darmian i D'Ambrosio - do niedawna po prostu boczni obrońcy, dziś wahadłowi - w środku pomocy Brighi, Vives i, wypożyczony z Napoli, Omar El Kaddouri a w ataku Ventura postawił na wychowanka Juventusu, Ciro Immobile oraz Alessio Cerciego - największą obecnie gwiazdę Toro.

Allegri zmagać się musiał z plagą kontuzji, szczególne problemy mając ze skompletowaniem formacji obronnej. Operację przeszedł bowiem De Sciglio a kontuzjowani są również Bonera (od dłuższego czasu), Silvestre oraz Abate. Ponadto toskański trener znów na ławce posadził Andreę Polego (będącego chyba w najwyższej, obok De Jonga, dyspozycji z pomocników Milanu) oraz Alessandro Matriego. Z powodu kontuzji wypadł również El Shaarawy, więc w podstawie wyszedł Robinho. Całość prezentowała się następująco: Abbiati; Zaccardo, Zapata, Mexes, Emanuelson; Montolivo, De Jong, Muntari; Kakà; Robinho, Balotelli.

Milan zagrał dramatycznie źle. Po występach z Cagliari i PSV wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, że drużyna wskakuje na właściwe tory a do tego przybycie Kaki wniosło nowe pokłady entuzjazmu. Tymczasem na Olimpico Rossoneri powtórzyli wszystkie błędy z Werony. Znów byli ospali, znów ślamazarni. Trudno napisać o grze gości cokolwiek nowego. To po raz kolejny był Milan jaki pamiętamy z poprzedniego sezonu, z wielu meczów jeszcze poprzedniego a nawet z końcówki kadencji Carlo Ancelottiego. Milan, który zdaje się wychodzić na boisko za karę, grający na stojąco. Jak zagrał Kakà, który miał wnieść nową jakość? Cóż, jeśli ktokolwiek liczył na to, że cztery lata w Madrycie podziałały na Brazylijczyka jak zimowy sen, jak hibernacja i zawodnik wróci taki, jakiego go pamiętamy z czasów przed odejściem, to właściwie się nie pomylił. Nie oznacza to jednak, że rozegrał on olśniewające zawody - wręcz przeciwnie. Mówiąc o Kace pamięta się gracza, który właściwie w pojedynkę zatargał Milan do ateńskiego finału Champions League, lecz mało kto pamięta, że po roku 2007 spędził on w Mediolanie jeszcze dwa lata i że przez ten czas grał właśnie tak, jak w sobotę. Wrócił "stary Kakà"? Owszem, ten z 2008 roku - stłamszony, mało dynamiczny, niegroźny i mający problemy ze zdrowiem. Mecz z Torino zakończył w 70', gdy zmienił go Birsa.

Krótko też o Mario Balotellim. Czarnoskóry snajper znów pokazał swoje gorsze oblicze. Zagrał słaby mecz, zmarnował dwie wyśmienite okazje i po raz kolejny bardziej niż na grze w piłkę skupiał się na walce wręcz z obrońcami, szukaniem fauli, dyskusją z arbitrem. Przykro się to ogląda. Na szczęście nie ma w zwyczaju marnować rzutów karnych i zdołał ustalić wynik w 97' na 2-2.

O innych antybohaterach w szeregach Milanu chyba nie ma sensu pisać. Nikt bowiem nie spodziewał się, że Zaccardo (gol D'Ambrosio na jego konto) jest w stanie zagrać na wysokim poziomie. Robinho przecież już od kilkunastu miesięcy udowadnia, że do grania w piłkę na wysokim poziomie nijak się nie nadaje i nie zmieniają tego gole na treningach z początku przygotowań. Dość jasne jest też, że Zapata przez pół poprzedniego sezonu szukał formy, by przez wakacje gdzieś ją zgubić. Warto by było napisać coś o pozytywach. Bardzo dobrą zmianę - już po raz drugi - dał Alessandro Matri. Widać było, że bardzo się starał, szukał wolnych przestrzeni (wychodzi na to, że sporo racji miał pewien sympatyk Juve, który twierdził, że jest to napastnik z najlepszym wyjściem na pozycję w kadrze Bianconerich) oraz dwukrotnie otwierał Balotellemu drogę do bramki Padellego. Nie po raz pierwszy również dobrze spisał się Andrea Poli. Gol w Weronie, gol z PSV, do tego duża ruchliwość i chęć do gry. Gdyby każdy z pomocników Milanu grał tak, jak były zawodnik Sampdorii, może pomysły Allegriego na środkową linię złożoną z box-to-boxów miałby jakiś sens. Pod koniec meczu to właśnie on wykorzystał błąd Pasquale i dał Rossonerim karnego na wagę punktu.

Zaskoczyła mnie postawa Torino. Nie sądziłem, że ten zespół pod wodzą Ventury jest w stanie zagrać tak odważnie, tak widowiskowo i tak ofensywnie, jak w sobotę. Granatę kojarzyłem raczej z murowaniem środka i długimi podaniami do wybiegających skrzydłowych (wówczas Cerciego i Santany) oraz napastników. Tymczasem Toro piłkarsko było drużyną od Milanu lepszą. Grali szybciej, grali dokładniej, no i mieli w swoich szeregach fenomenalnego Alessio Cerciego. Na koncie asysta oraz gol a do tego masa wygranych pojedynków 1 na 1 i rajdów. Definitywnie najlepszy na boisku, man of the match. Jeśli kiedykolwiek miałem (a miałem!) wątpliwości co do klasy wychowanka Romy, po tym meczu zostały one rozwiane. Cerci to absolutnie fuoriclasse, gracz którego nie wstyd pokazać na arenie międzynarodowej. Coraz lepiej wygląda też jego partner z ataku, Ciro Immobile. Poprzedni sezon spisany na straty w Genoi. W sobotę asystował Cerciemu, ale również sam stanowił zagrożenie. Może jednak talent byłego reprezentanta włoskiej młodzieżówki nie pójdzie na zmarnowanie i Torino będzie portem, w którym zakotwiczy na dłużej, odbudowując się piłkarsko. Oby, tego mu należy życzyć.

Graczem, który jednak najmilej mnie zaskoczył był Omar El Kaddouri. Swego czasu było o nim dość głośno. Kolejni dziennikarze zachwycali się talentem młodego ofensywnego pomocnika, grającego wówczas w Serie B w barwach Brescii. Ba, pod swoje skrzydła wziął go nawet Mino Raiola, który umieścił go później w Napoli. Pod Wezuwiuszem młody Marokańczyk nie mógł jednak liczyć na regularne występy i władze Azzurrich zdecydowały się wysłać go na wypożyczenie. Tak trafił do Torino. Słyszałem oczywiście, że to świetnie wyszkolony technicznie zawodnik, że ma potencjał. Nie sądziłem jednak, że jest on w stanie zagrać tak dojrzałe pod względem taktycznym zawody, że tak dobrze radzi sobie w defensywie. Jeśli Ventura będzie dalej nad nim pracował i rozwijał go w tym kierunku, może pomóc mu się stać naprawdę bardzo dobrym (i kompletnym) pomocnikiem.

Torino może mieć pretensje do samych siebie, że tego meczu nie udało im się wygrać. Mieli rozbity Milan na tacy, mieli wynik 2-0. Wystarczyło to dowieźć do końca. Tymczasem Ventura ściągnął lidera, Cerciego a Rossoneri za punkt mogą dziękować niebiosom. Najpierw kuriozalny gol Muntariego, później rzut karny wykorzystany przez Balotellego. Złośliwi pewnie powiedzą, że znów arbiter ciągnie mediolańczyków za uszy, lecz - czy się to podoba czy nie - Pasquale faulował Polego. Ironiczne "rigore per il Milan" nie ma więc żadnego uzasadnienia. Choć we Florencji pewnie usłyszą Państwo coś innego.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

SERIE A: HELLAS 2:1 MILAN

Sezon 2013/14 inaugurowało spotkanie w Weronie. Na Stadio Bentegodi, wracające po jedenastu sezonach rozegranych w niższych ligach, Hellas podejmowało Milan, który walczy o awans do fazy grupowej Champions League. Chyba nikt z kibiców Rossonerich nie oczekiwał łatwej przeprawy w pierwszym meczu po powrocie podopiecznych Andrei Mandorliniego do Serie A, lecz porażka w tak fatalnym stylu pozostaje zaskoczeniem.

Najgorzej zaprezentowała się druga linia, złożona z Włochów. Allegri zdecydował się pozostawić na ławce Nigela De Jonga, który w tygodniu zmagał się z problemami zdrowotnymi. Szansę od pierwszych minut dostał zatem Andrea Poli, w środku (gdzie wcześniej grał De Jong) wyszedł Riccardo Montolivo, jako lewy półskrzydłowy - Antonio Nocerino. Gdy to Milan był przy piłce (czyli przez większość spotkania), środkowa formacja grała zbyt wolno, zbyt schematycznie i zbyt ślamazarnie. Nie była w stanie zagrozić, nisko ustawionemu w obronie, Hellas. Początkowo nieźle prezentował się Poli, który kilkukrotnie próbował wchodzić w pole karne po rozegraniu piłki z Balotellim. Jedna z tych akcji zakończyła się golem w 14'. Później było już jednak gorzej i były pomocnik Sampdorii dostosował się do poziomu swoich kolegów. Ci grali jeszcze gorzej. Antonio Nocerino był kompletnie niewidoczny. Biorąc pod uwagę fakt, że jest to zawodnik, który przy próbie dryblingu stosuje zapaśnicze chwyty, może to i lepiej. Niestety rola "pomocnika-widmo" odbijała się czkawką, gdy z kontrą wychodzili podopieczni Mandorliniego. Nocerino spóźniał się z asekuracją.

Błędy w asekuracji były dla Milanu szczególnie dotkliwe, gdyż bardzo wysoko ustawiali się boczni obrońcy. Wobec mizerii w środku, piłkarze Allegriego wykorzystywali boki do atakowania. Niewiele dobrego można napisać jednak na temat ofensywnych poczynań dwójki bocznych defensorów Rossonerich.  Kevina Constanta oraz Ignazio Abate. Pierwszy, rzadziej wykorzystywany, nie był żadnym zagrożeniem - żadne z jego trzech dośrodkowań nie było celne. W tzw. "attacking third", czyli tej jednej trzeciej boiska, która położona jest najdalej od własnej bramki, miał ledwie cztery podania, z czego połowa niecelna. Constant zagrywał głównie do tyłu lub do boku. Gdy kilkukrotnie zmieniał kierunek podań i decydował się zagrać do przodu, robił to niecelnie. Jeszcze więcej pretensji mam do Abate, który jest przecież obrońcą aspirującym do gry w wyjściowym składzie reprezentacji Włoch. To właśnie Ignazio był zawodnikiem, przez którego przechodziła większość akcji ofensywnych Milanu. Do tego, że nie potrafi dośrodkowywać, niestety mnie już przyzwyczaił. Przeciwko Hellas futbolówkę wrzucał dziewięciokrotnie - ani razu celnie.

Osobny akapit warto poświęcić stałym fragmentom gry. Wątpię, by znalazła się osoba potrafiąca wytłumaczyć mi, jakim cudem Allegri pracując z drużyną czwarty sezon nie potrafi opracować żadnych schematów. Milan nie potrafi wykorzystać rzutów rożnych a jedynym schematem na rozegranie rzutu wolnego jest Mario Balotelli, który huknie ze stojącej piłki. Najgorsze jest jednak to, że Rossoneri fatalnie prezentują się również gdy idzie o bronienie. To po golu Luki Toniego, który padł po rzucie rożnym, Hellas złapało wiatr w żagle. Co w tej sytuacji robili Zapata z Mexesem? To pozostanie chyba ich słodką tajemnicą. Kolumbijczyk zawalił zresztą krycie Toniego również w drugiej połowie i ex-napastnik m.in. Bayernu dopisał sobie kolejną bramkę na konto, gdy znakomicie, na nos, futbolówkę dorzucił mu Janković. Mastini - czyli mastify - w drugiej połowie zresztą znakomicie wykorzystywali fakt, że Milan musiał się odkryć i dramatycznie źle asekurował biegających wysoko bocznych obrońców. Im dłużej trwał mecz, to bym bardziej pachniało golem dla gospodarzy. Mandorlini miał w swoich szeregach graczy idealnych do tego typu gry - świetnie dysponowanego Raphaela Martinho czy też - znanego z Fiorentiny - Romulo. Udany powrót Hellas do Serie A. Milan do poprawki.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Kompromitacja Milanu w Eindhoven

Dwumecz z PSV to prawdopodobnie dwa najważniejsze mecze sezonu dla Milanu. Dwumecz, który zadecyduje czy Rossoneri wejdą do fazy grupowej Champions League. Zadecyduje o finansach. Milan nie jest w stanie pozwolić sobie na niezainkasowanie pieniędzy od UEFA. Umberto Gandini jasno powiedział niedawno - dla klubu takiego jak Milan (którego funkcjonowanie kosztuje) brak awansu do Champions League jest jak spadek do drugiej ligi. Po pierwszym meczu wynik rywalizacji brzmi 1:1. Podopieczni Massimiliano Allegriego w Holandii zaprezentowali się jednak kompromitująco słabo na tle niżej notowanego rywala, którego kadra składa się w dużej mierze z nastolatków.

Poniżej dwudziestu dwóch wybranków Philipa Cocu oraz Allegriego, czyli oficjalne składy wyjściowe PSV i Milanu.


PSV (4-3-3) Zoet; Brenet, Bruma, Rekik, Willems; Wijnaldum, Schaars, Maher; Park Ji-Sung, Matavz, Depay.

MILAN (4-3-3) Abbiati; Abate, Mexes, Zapata, Emanuelson; Montolivo, de Jong, Muntari; Boateng, Balotelli, El Shaarawy.

Allegri to (tylko lub aż) niezły trener. Gdy coś nie idzie, szuka, próbuje przestawiać klocki. Ma jednak jedną wadę - często włącza mu się tryb dywersanta. Podejmuje wówczas decyzje sprzeczne z jakąkolwiek logiką i nic nie jest w stanie go od tego odwieźć. Całą masę przykładów można przytoczyć, biorąc pod lupę ubiegły sezon. Emanuelson najlepszy w pre-seasonie - posadzony na ławie. Boateng w beznadziejnej dyspozycji - podstawa co mecz, przecież w końcu się odblokuje. Tragiczny Nocerino - podstawa. Bojan nie radzi sobie jako środkowy napastnik - Allegri z uporem maniaka wpuszcza go z ławki na "9". Niestety, sympatyczny szkoleniowiec przed najważniejszym meczem sezonu po raz kolejny odpalił swoje petardy. Przez kilka miesięcy podnoszono w Milanie kwestię braku jakości środkowej linii ze względu na brak dobrze wyszkolonych technicznie zawodników. Sprowadzony zostaje Andrea Poli, który - jak można było przypuszczać - bije na głowę resztę drewnianej hałastry formacji środka pola. W pre-seasonie prezentuje się nieźle, od czasu do czasu zabłyśnie efektownym dryblingiem. Cóż tam, kto by na to patrzył - w podstawie na PSV wychodzi Sulley Muntari, który - pomijając fakt, że prędzej urwie komuś nogę niż zagra trzy celne podania z rzędu - przez ostatni miesiąc głównie trenował indywidualnie ze względu na Ramadan. Wydawało się też, że Allegri sam sobie ulepił solidnego i pewnego lewego obrońcę z pomocnika, Kevina Constanta. Gwinejczyk prezentował się z reguły nieźle a w pierwszej części sezonu nawet bardzo dobrze. Logicznym by się wydawało - pod nieobecność De Sciglio - wystawić tam takiego gościa? Nie znają Państwo, widać, Allegriego. Wiadomo wszakże, że rozsądniej postawić tam na Urbiego Emanuelsona, człowieka-łatę, który na lewej obronie kiedyś grał, owszem, lecz przesunięto go do przodu ze względu na popełniane w defensywie błędy. Gramy ważny mecz na wyjeździe przeciwko zespołowi, którego mocną stroną są ataki skrzydłami i wystawiamy tam zawodnika, który zagrał kilka meczów w sparingach na tej pozycji i który nie potrafi bronić? Dla Massimiliano Allegriego to brzmi jak plan!

Milan zagrał kompromitujący mecz. Piłkarze Rossonerich byli powolni, niedokładni i mało błyskotliwi. Nie potrafili operować piłką a gol Stephana El Shaarawiego był raczej prezentem ze strony holenderskiego zespołu niż efektem przemyślanej, efektownej akcji włoskiego klubu. Zupełnie inaczej zaprezentowali się gospodarze. Grali szybko, na jeden kontakt, wymieniali pozycje i często stwarzali sobie sytuacje strzeleckie. Dość powiedzieć, że na bramkę Abbiatiego uderzali 22 razy. W strzeleckim fachu ćwiczył się głównie Adam Maher, lecz i środkowi obrońcy PSV sobie nie żałowali.


Nie wiem, czy jest sens się pastwić indywidualnie nad każdym z osobna. Najbardziej martwi mnie chyba to, że Abbiati jest już na ostatniej prostej i nie wydaje się mieć szansy nawiązać do mistrzowskiego sezonu 2010/11. Doświadczony golkiper coraz częściej popełnia błędy i ma kłopoty z najprostszymi elementami bramkarskiego rzemiosła. Niestety to na jego konto należy zapisać gola Matavza. Tragiczny dziś był też Montolivo. Kompletnie bezużyteczny. W ofensywie nic, zero. Obawiam się, że przesunięcie go bliżej bramki rywala i obarczenie większą ilością zadań ofensywnych boleśnie obnaży jego braki. Trudno mi powiedzieć, czy Riccardo ma trudny okres czy też to inna pozycja ma wpływ na drastyczne obniżenie jego formy, ale faktem jest, że katastrofalnie prezentował się już w lipcu, gdy grał z reprezentacją w Pucharze Konfederacji.


Że Milan to PSV na San Siro odprawi, jestem pewien. Ale co dalej? Ta drużyna ma jeden duży problem, którego nie potrafi rozwiązać od dawna - słabo gra w piłkę. Powraca zatem pytanie kluczowe, o posadę Massimiliano Allegriego. Berlusconi chciał zwolnić go już tego lata. Ostatecznie Galliani nakłonił go do zmiany zdania, lecz z trenerem nie przedłużono kontraktu, co - jak sugerowano - miało być następstwem jego pozostania. W kościach czuję, że latem 2014 roku może dać o sobie znać miłość Berlusconiego do van Bastena.

środa, 7 sierpnia 2013

"Chłopcy Riso" podbijają boiska

Bryan Cristante, Andrea Petagna i Kingsley Boateng - trójka wychowanków Milanu, która wzięła udział w letnich przygotowaniach do sezonu z pierwszym zespołem. Cristante z Petagną obecni byli już od pierwszego dnia pre-seasonu, Boateng dołączył do kadry seniorów podczas tournée po Stanach Zjednoczonych i Audi Cup, rozgrywanego w Monachium. Prócz postawy, na tyle dobrej by zwrócić na siebie oczy prezesów innych klubów Serie A, łączy ich jeszcze jedna rzecz - osoba Giuseppe Riso, który jako agent dba o interesy każdego z nich. Tego lata "Riso boys" - jak określają ich włoskie media - zrobili prawdziwą furorę. 

Kingsley Boateng (obejmowany przez kolegów po golu przeciwko Sao Paulo), Andrea Petagna (nr 37) i Bryan Cristante (nr 24); fot. ilsussidiario.net


Najbardziej znanym z tego tercetu jest, bez wątpienia, Bryan Cristante, o którym już na blogu wspominałem. MVP turnieju w Viareggio musi jednak zapomnieć o tytułach utalentowanego juniora. Jak sam przyznaje - teraz zaczyna się poważne granie w piłkę. Startuje od zera. Przyznać trzeba, że rywala do miejsca w składzie ma naprawdę nie byle jakiego, bo jest nim Nigel De Jong. Milannews.it od początku przygotowań donosił o zaciętej, ekscytującej rywalizacji między młodym Włochem i Holendrem. Na obecną chwilę, Cristante musi pogodzić się z rolą drugiego wyboru na pozycję środkowego pomocnika. Możliwości i potencjał ma ogromny, lecz w jego grze nie brakuje elementów, które musi wyeliminować. Grając przed linią obrony nie może tracić piłek, jak to mu się zdarzało w sparingach zbyt często, za długo ją trzymając. Jeśli nikt się nie pokazuje do grania, gram do najbliższego i wychodzę na pozycję. Nie trzymam piłki. Tego Cristante musi się jeszcze nauczyć, bo mimo ciekawych prób gry do przodu, łatwe straty w sektorze boiska, w którym gra owocują groźnymi sytuacjami dla rywali i mocno obniżają noty. Zainteresowane jest Chievo oraz Catania. Galliani nie chce nawet słyszeć o jego odejściu.

Andrea Petagna to rówieśnik - a prywatnie także przyjaciel - Bryana Cristante. Obaj urodzili się w 1995 roku. Jeśli jednak przed rozpoczęciem przygotowań ktoś wyżej stawiał akcje środkowego pomocnika, musi być zaskoczony. To, urodzony w Trieście, Petagna notuje lepsze występy. Oczywiście po części wpływa na to specyfika pozycji - strata piłki w wykonaniu napastnika powoduje mniejsze szkody niż ta ze strony cofniętego środkowego pomocnika. Andrea to napastnik niezwykle potężnie zbudowany. Dawno nie widziałem tak mocnego fizycznie młodego napastnika, który swoje warunki fizyczne łączy z dobrą techniką. Swój debiut na stadionie w Reggio di Emilia przeciwko Sassuolo okrasił od razu golem. Podczas Audi Cup, przeciwko Manchesterowi City, mógł zaliczyć efektowną asystę, gdyby lepiej piłkę przyjął sobie kolega z ataku. Ostatecznie sam trafił po podaniu Muntariego. W drugim meczu turnieju, przeciwko brazylijskiemu Sao Paulo, znakomicie utrzymał się przy piłce, lecz ostatecznie jedynie obtłukł poprzeczkę bramki rywali. Początkowo przypisano mu rolę gracza krążącego między pierwszym zespołem a Primaverą. Po udanym pre-seasonie przeskoczył jednak w hierarchii napastników Mbaye Nianga, który może zostać wypożyczony do innego zespołu, by mógł grać.

Kingsley Boateng zachwycił mnie swoją grą już dwa lata temu. Urodzony w 1994 roku napastnik został wówczas włączony do kadry pierwszego zespołu na okres letnich przygotowań do sezonu przez Massimiliano Allegriego. Kingsley był wówczas członkiem zespołu Primavery. Dość jednak powiedzieć, że miał to być jego pierwszy sezon w tej kategorii wiekowej. Latem 2011 roku przeskoczył zatem z Allievi Nazionali do pierwszego zespołu. Najbardziej szokujące było jednak to, że il piccolo Boa - jak nazywa go Galliani - z miejsca zaczął robić furorę większą od, lansowanego na wielki talent, Simoneandrei Ganza. W spotkaniu z Malmoe strzelił gola po podaniu Cassano i dobrze zaprezentował się na tle Interu w Trofeo TIM, dając się we znaki Javierowi Zanettiemu. Wydawało się, że Milan ma w swoich szeregach talent czystej wody. Sezon w Primaverze miał być formalnością. Niestety reprezentant włoskich młodzieżówek doznał poważnego urazu lewego kolana, który w praktyce przeciągnął się i spowodował, że Boateng przez prawie dwa sezony nie grał w piłkę. Wrócił dopiero niedawno - na fazę finałową Campionato Primavera. Stracił prawie dwa sezony, ale nie stracił swoich cech - dynamiki, bezczelności w grze, odwagi. Gdy Massimiliano Allegri ponownie dał mu szansę, odpowiedział golem na Allianz Arena przeciwko Sao Paulo. Najbliższe dni pokażą jego przyszłość. Początkowo miał on zagrać sezon w Primaverze pod okiem Filippo Inzaghiego. Po dobrych meczach podczas letnich przygotowań zainteresowanie jego sprowadzeniem, zdaniem włoskich portali, wyraziły jednak ekipy Catanii i Genoi. Giuseppe Riso przyznaje, że młody napastnik otrzymał kilka ofert, które zostaną przeanalizowane. To jedyny z "chłopców Riso", który może tego lata opuścić Mediolan.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Adem Ljajić: #22 fioletowa czy czerwono-czarna?

Dość niespodziewanie powrócił temat transferu Adema Ljajicia do Milanu, o czym przedwczoraj poinformowały włoskie media. Sytuacja Serba nie jest jasna - obecny kontrakt wiąże go z Fiorentiną jeszcze przez jeden sezon i toskański klub, chcąc uniknąć powtórki z casusu Riccardo Montolivo, musi interweniować. Prolongować lub sprzedać, zachwycającego w rundzie wiosennej, fantasistę. Sam zawodnik, mając mocną kartę przetargową w postaci bardzo udanego półrocza, oczekuje dwukrotnej podwyżki.

Milan ostrzył sobie zęby na serbskiego napastnika na początku lipca. Wówczas wydawało się, że policzone są dni Robinho. Przyjście Ljajicia miało być powiązane z odejściem Brazylijczyka i fiasko rozmów z Santosem zdawał się przekreślić szansę na deal. Binho z brazylijskim klubem się nie dogadał a Galliani przedłużył z nim umowę o kolejne dwa lata. Włoskie media zapowiadały istną idyllę. Robinho miał ciężko pracować i wracać do formy z pierwszego sezonu w barwach Rossonerich. Strzelił gola na treningu, strzelił gola Valencii. A że zmarnował po drodze dwa karne - kto by się tam przejmował. Ironizuję nie bez przyczyny. Nie trzeba być wielkim specem, żeby stwierdzić jasno, że opieranie ataku o Robinho, dołującego z każdym sezonem coraz bardziej, jest pomysłem z góry skazanym na porażkę. Poza tym Brazylijczyk dalej zarabiał dużo, bo jego apanaże zostały zmniejszone z 4 milionów euro do 3. Jeśli ktoś oglądał mecze Milanu, musiał widzieć, że Robinho w Milanie jest zwyczajnie zbędny. Tym bardziej dziwi prolongowanie z nim umowy, gdy pojawiła się opcja wymienienia go na perspektywicznego zawodnika w wysokiej formie, pasującego do nowej filozofii klubu, sprawdzonego już w Serie A i, dzięki szczególnej sytuacji kontraktowej, w finansowym zasięgu Rossonerich. Przecież gdyby umowa obowiązująca jeszcze tylko rok, Fiorentina pewnie mogłaby wyceniać Ljajicia nie na 10, ale na 20 milionów euro a od ewentualnego kupca żądać kwoty 30-35 milionów. Galliani jednak, wbrew logice, potwierdził Robinho. Ten jednak doznał urazu we, wspomnianym już, starciu z Valencią i pojawiła się potrzeba znalezienia zastępcy. Milan bowiem w sierpniu zagra najważniejszy dwumecz sezonu. Dwumecz ostatniej rundy eliminacji do Champions League. Dwumecz o finansowe być lub nie być w elicie. "Brak kwalifikacji byłby dla naszych finansów, jak spadek do Serie B" - w ten sposób sprawę stawiał dyrektor organizacyjny, Umberto Gandini.

Karuzela ruszyła w godzinach przedpołudniowych. Adriano Galliani, wylatujący z Milanem do Stanów Zjednoczonych na tournée, miał dzwonić do dyrektora sportowego Fiorentiny, Daniele Pradè z oficjalną ofertą. Po godzinie 11 strona toskańska potwierdziła tę informację: Galliani dzwonił i złożył oficjalną ofertę. Kwota: 8 milionów euro + bonusy. Fiorentina za, mającego kontrakt ważny jeszcze przez rok, Serba oczekuje kwoty w wysokości 12 milionów. Milan zgłosił się dziś po Ljajicia nieprzypadkowo. Bowiem to właśnie na dziś planowane było kolejne spotkanie włodarzy klubu z zawodnikiem, mające wyjaśnić jego przyszłość. Do tej pory media donosiły o braku porozumienia ws. wysokości klauzuli odstępnego, która miałaby się znaleźć w kontrakcie napastnika. Po każdym kolejnym spotkaniu klub ogłaszał, że zawodnik wyraża chęć pozostania, po czym media donosiły o smutnym i zasępionym Serbie na treningach. I tak w koło Macieju. Wczoraj piłkarz spotkał się z samym prezesem, Andreą Della Valle. Nie wniosło to jednak nic nowego. Prezes Della Valle swoje ("Rozmawiałem z nim (Ljajiciem - przyp. TK). Był pogodny i wyraził swoją chęć pozostania w klubie") a media swoje ("Nerwowy, więc i niezbyt pogodny - tak Ljajić wygląda w ostatnich dniach na zgrupowaniu"). Prezes potwierdził ofertę i poinformował o jej odrzuceniu, uznając ją za zbyt niską. Włoskie media informują jednak, że Milan i Fiorentina powinny znaleźć porozumienie gdzieś w połowie drogi, przy kwocie ok. 10 milionów euro. Dodatkowym smaczkiem, który wychwycili dziennikarze z Półwyspu Apenińskiego jest fakt, że Giuseppe Rossi zaprezentował swoją nową oficjalną stronę internetową, której adres to...  www.gr22.it. Numer #22 towarzyszył Pepito w Villarreal i drużynie narodowej. We Florencji nosi go jednak - a jakże - Adem Ljajić. Jakby tego było mało numer ten w Milanie pozostaje wolny. Przypadek?

sobota, 13 lipca 2013

Nowa fala włoskiej myśli szkoleniowej

Najlepsi włoscy szkoleniowcy pracują dziś z dala od Półwyspu Apenińskiego. Carlo Ancelotti po opuszczeniu Lombardii, zwiedził już Londyn i Paryż - gdzie zdobywał tytuły mistrzowskie - a teraz przygotowuje się do rozpoczęcia przygody w Madrycie. Fabio Capello - po rocznej przygodzie w stolicy Hiszpanii właśnie oraz pracy w roli selekcjonera reprezentacji Anglii - pracuje w Rosji. Na wschodzie Europy od jakiegoś czasu też siedzi Luciano Spalletti, który bije się o kolejne trofea prowadząc Zenit. Marcello Lippi, niczym Marco Polo przed laty, dotarł do Chin, zaś Alberto Zaccheroni pracuje z zespołem narodowym Japonii. Skoro najlepsi wyjeżdżają, ktoś musi zapełniać pustkę na krajowym rynku.

Giovani Galli, Antonio Benarrivo, Fabio Cannavaro, Paolo Negro,  Marco Materazzi, Massimo Oddo, Gianluca Zambrotta, Fabio Grosso, , Ivan Juric, Hernan Crespo i Filippo Inzaghi.Te nazwiska to nie skład drużyny oldbojów Serie A, lecz lista wybranych przeze mnie adeptów, którzy 5 lipca zdali egzaminy na stopień Master organizowane w Coverciano przez włoską federację. Wśród szczęśliwców aż sześciu mistrzów świata z niemieckich boisk w 2006 roku. Kursanci musieli wykazać się wiedzą praktyczną, biorąc udział w zajęciach Fiorentiny, Interu oraz Parmy. Następnie uczestniczyli w seminarium w Nyonie, gdzie swoją wiedzą - jako przedstawiciele włoskiej katedry - dzielili się selekcjoner reprezentacji Cesare Prandelli, opiekun Milanu Massimiliano Allegri, szkoleniowiec Zenitu St. Petersburg Luciano Spalletti. Na temat wartości grupy i jej zarządzania przemawiał zaś pan Ettore Messina - trener koszykarzy CSKA Moskwa, w przeszłości prowadzący również reprezentację Włoch w tymże sporcie. Trenerzy, którzy zdali parę dni temu egzaminy nie są jednak jedynymi. We włoskim futbolu już teraz pracuje kilka nazwisk, które kojarzyć Państwo mogą z czasów, gdy uganiali się za futbolówką.

Pippo Inzaghi do niedawna czaił się na linii spalonego. Dziś zakłada elegancki garnitur a młodzi adepci zwracają się do niego per Mister - tak bowiem tytułuje się trenerów. My mówimy "panie trenerze", Włosi mówią "mister". W sezonie 2012/13 Inzaghiemu powierzono zespół Allievi Nazionali. W tym miejscu warto wyjaśnić, jak zorganizowane są rozgrywki w tej kategorii wiekowej. Udział biorą drużyny klubów z Serie A oraz B. Dzielone są one na trzy grupy, po 14 zespołów każda, według klucza geograficznego. W dwóch z nich grają zespoły z północy, w trzeciej zaś centrum Italii (Rzym, Neapol) oraz południe z Sycylią. Na koniec tej części sezonu, do fazy finałowej awansuje 8 najlepszych drużyn i tworzy się dwie grupy. 2 najlepsze ekipy z każdej grupy tworzą następnie pary półfinałowe. Faza finałowa rozgrywana jest na boiskach neutralnych, podczas gdy w fazie zasadniczej gra się w swoich miastach.

W fazie zasadniczej zespół SuperPippo rywalizował w Grupie B z m.in. Interem, Atalantą, Udinese i Chievo. Młodzi Rossoneri zajęli w niej 2. miejsce zdobywając 63 punkty w 26 meczach. 20-krotnie wygrywali oraz zaliczy po 3 porażki i remisy. Rezultat ten dał awans do fazy finałowej. Podopieczni Inzaghiego zajęli w swojej grupie 2. miejsce, ustępując miejsca Juventusowi, lecz w pokonanym polu pozostawiając młodych graczy Interu oraz Genoi. W drugiej grupie niespodziewanie odpadły dwa rzymskie kluby: Lazio oraz Roma, wyprzedzone przez Parmę oraz Empoli. I to właśnie drużyna z Toskanii pokonała Milan w półfinale, spotykając się w finale z Parmą właśnie. Praca Inzaghiego została jednak oceniona pozytywnie. Nachwalić nie mógł się go Adriano Galliani, zapewniając, że już niebawem Pippo będzie wspaniałym szkoleniowcem. Póki co, ex-snajper w dowód zaufania dostanie do prowadzenia zespół starszej kategorii wiekowej - Primaverę.

Rozgrywki Allievi Nazionali pełne są zresztą byłych piłkarzy. Filippo nie jest nie tylko jedynym ex-zawodnikiem na ławce zespołu młodzieżowego, lecz nie jest nawet jedynym Inzaghim. Pieczę nad chłopcami z Lazio sprawuje bowiem jego młodszy brat, Simone, w przeszłości również występujący na pozycji napastnika, reprezentując m.in. barwy swojego obecnego pracodawcy. Biancocelesti wygrali swoją grupę w sezonie zasadniczym. Z dorobkiem 68 punktów w 26 meczach (bilans 22-2-2) w pokonanym polu zostawili swojego lokalnego rywala, Romę oraz pozostałe liczące się na południu Włoch marki: Palermo, Catanię oraz Napoli. Mistrzem Włoch w tej kategorii wiekowej został zwycięzca Grupy A w fazie zasadniczej - Parma, która zdobywając 59 punktów (19-2-5) wyprzedziła takie marki jak Genoa, Fiorentina, Empoli, Juventus czy Torino. Następnie w fazie finałowej w pokonanym polu pozostawili, o czym już Państwo wspomniałem wcześniej, tandem z Rzymu. W półfinale ograli Juventus, by w finale pokonać Empoli 2:1. Bardzo korzystnie zaprezentowali się również w lutowym Coppa Carnevale. Wszystko to pod wodzą byłego napastnika m.in. Livorno - w barwach którego w sezonie 2004/05 zdobył koronę króla strzelców - czy Szachtara Donieck. Były napastnik po dopisaniu Scudetto Allievi Nazionali do cv otrzymał propozycję objęcia dorosłego zespołu Perugii, którą przyjął. Na pracy z młodzieżą skorzystał także opiekun Genoi, Fabio Liverani - głównie znany z gry w Lazio oraz Palermo. Mimo tego, że w fazie finałowej zajął ostatnie miejsce w swojej grupie, udało mu się przekonać Enrico Preziosiego do swojej wizji futbolu na tyle, że ten zdecydował się był powierzyć mu stery pierwszej drużyny. Jego miejsce na ławce zespołu Allievi Nazionali Grifone zastąpi go... Beppe Favalli. Il Professore, jak Favallego nazywano w czasach, gdy ten występował na włoskich boiskach, jest ledwie jednym z byłych piłkarzy Milanu, którzy od nowego sezonu czas będą spędzać pracując z młodzieżą. Rossoneri zdecydowali się wciągnąć w swoje struktury również swojego wychowanka, który zawiesił buty na kołku, Christiana Brocchiego.

Ostatnim, który przekracza rzekę i wchodzi do świata trenerów jest Gennaro Gattuso. To już jednak temat na tyle szeroki, by poruszyć go osobno.

piątek, 19 kwietnia 2013

Sarà il campione - Bryan Cristante

W internetowym wydaniu TuttoMercatoWeb Magazine jest rubryka "Saranno campioni" (wł. będą mistrzami), w której to zamieszczane są wywiady z obiecującymi młodymi zawodnikami. Wspominam o tym nie przez przypadek - dzisiejszy tytuł nawiązuje do niej w sposób oczywisty. Dziś bowiem rzecz o prawdziwej perełce - zdecydowanie najbardziej utalentowanym młodym, włoskim graczu, jakiego moje oczy miały przyjemność oglądać. O Bryanie Cristante mianowicie. Od razu Państwu mówię, według mnie sarà il campione - będzie mistrzem.

Bryan Cristante - kapitan młodzieżowej reprezentacji Włoch podczas Memoriału im. Valentina Granatkina (fot. tumblr.com)

Nie jest tajemnicą, że od przyszłego sezonu Bryan Cristante - ur. 3 marca 1995 roku - będzie pełnoprawnym członkiem kadry pierwszego zespołu Milanu. Adriano Galliani widzi w nim dublera dla Riccardo Montolivo, Filippo Galli zaś - owoc nowej, zmienionej polityki klubu. Przez wiele lat, mogąc pozwolić sobie na zakup gotowych już graczy, Milan zaniedbał sektor młodzieżowy. Zmiana tej tendencji została zapoczątkowana w 2008 roku. Włosi przestawali odgrywać decydujące role na rynku transferowym, coraz częściej okazując się biedniejszymi nie tylko od Anglików i Hiszpanów, lecz także i Niemców. Nie inaczej było z Milanem. Kierownictwo postanowiło wówczas położyć większy nacisk na pracę u podstaw, by być w stanie samemu kreować klasowych piłkarzy.

Cristante faktycznie jest pierwszym dzieckiem systemu "post-reformowego". Rossoneri posiadają w swojej kadrze wychowanków - to oczywiste, pomijając Abate czy Antoniniego, którzy piłkarsko dorastali poza Mediolanem, wspomnieć należy najnowszy produkt lombardzkiego giganta, czyli Mattię De Sciglio. De Sciglio do sektora młodzieżowego Milanu trafił w roku 2001, mając raptem 9 lat. Było to jednak przed, wspomnianą przeze mnie, reformą, której wykonawcą z woli Gallianiego stał się Filippo Galli. Cristante w systemy czerwono-czarnej edukacji piłkarskiej wdrożony został w roku 2009. Z zespołem U-15 (Giovanissimi Nazionali) wygrał mistrzostwo. Rok później świętował tego samego rodzaju sukces, lecz w kategorii U-17 (Allievi Nazionali). Dotarł do Primavery - zespołu U-20. Przypominam - mając lat 16 i grając w zespole, którego podstawą byli piłkarze z rocznika 1992. Jego postawa nie uszła uwadze Massimiliano Allegriemu - opiekunowi pierwszego zespołu. Livornijski szkoleniowiec dał szansę zadebiutował Cristante w meczu Champions League. 6 grudnia 2011 roku młody pomocnik wchodzi w miejsce Robinho w meczu przeciwko Viktorii Pilzno. Tym sposobem przechodzi do historii, stając się najmłodszym zawodnikiem w historii Milanu na tym szczeblu rozgrywek i trzecim najmłodszym w historii Champions League - po Babayaro i Mavriasie. Ma 16 lat i 278 dni. 

W tym sezonie Cristante musiał zmierzyć się z dwoma poważnymi wyzwaniami. Pierwszym była gra w reprezentacji U-18, która brała udział w memoriale im. Valentina Granatkina. Mający kanadyjskie korzenie pomocnik oraz pochodzący z Triestu Andrea Petagna (również wychowanek Rossonerich; prywatnie przyjaciel Bryana) przebojem wdarli się do kadry, dodając jej jakości i odciskając na niej piętno za sprawą dwójkowych akcji. Drugim poważnym sprawdzianem było Coppa Carnevale - młodzieżowy turniej rozgrywany, jak sugeruje nazwa, podczas karnawału w Viareggio. Milan z Cristante w składzie dotarł do finału rozgrywek, ulegając ostatecznie Anderlechtowi 0:3. Dla pomocnika Milanu był to jednak udany turniej. Mimo porażki w ostatnim meczu, wybrany został najlepszym zawodnikiem turnieju. Najważniejszym wyróżnieniem były jednak słowa Adriano Gallianiego w dniu finału, który potwierdził, iż Cristante od sezonu 2013/14 będzie piłkarzem pierwszej drużyny. Było to 25 lutego. Kilka dni później - na osiemnaste urodziny, dostał prezent, o którym z pewnością marzył - pierwszy profesjonalny kontrakt, który związał go z Milanem na kolejne 5 lat.

Mimo iż młody Włoch zagrał w barwach pierwszego zespołu w oficjalnym meczu tylko - lub aż! - jedenaście minut, sympatycy Milanu mieli okazję go poznać. Trener Allegri chętnie korzystał z niego bowiem w przedsezonowych przygotowaniach, dając mu również szansę w sparingach. Latem ubiegłego roku Cristante mierzył się z takimi rywalami jak Inter (Cristante vs. Inter), Schalke 04 (Cristante vs. Schalke) czy Olimpia Asunción (Cristante vs. Olimpia).  


Zarówno przeciwko Schalke, jak i paragwajskiej Olimpii, Bryan zmieniał Montolivo. Trudno o bardziej wymowny sygnał, gdzie na boisku widzi go Massimiliano Allegri. Fala zdolnej młodzieży w Milanie ruszyła. Że o Cristante będzie głośno - jestem pewny. To jednak nie jedyne nazwisko do zapamiętania, bowiem w drużynie Aldo Dolcettiego zdolnych chłopców nie brakuje. Od przyszłego sezonu w pierwszej drużynie będzie też Andrea Petagna a, w kontekście przyszłości, nie sposób przejść obojętnie wobec takich nazwisk jak obrońcy Kristian Tamas i Joahad Ferretti, pomocnik Alex Pedone czy napastnicy Di Molfetta czy De Feo.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Squadra Azzurra: klasyk w Genewie i sparing o punkty

Państwo wybaczą opóźnienie. O La Nazionale nie pisałem nie dlatego, żem leniwy, lecz w obliczu takiej konfrontacji, jak ta z Brazylią należało podejść do kwestii poważnie - to wymaga czasu, rzecz jasna. Ostatecznie marzec podopieczni Cesare Prandellego zakończyli remisując 2:2 z Brazylią oraz ogrywając kopciuszka z Malty 2:0. Dziś zatem mecz z reprezentacją Kraju Kawy w pięciu punktach oraz krótko też o konfrontacji w ramach el. do Mundialu 2014.


Na przeciw siebie: Canarinhos i Squadra Azzurra (fot. zimbio.com)

Italia vs. Brasile


1. Brazylia zdeklasowana 2:2

Włosi, na płaszczyźnie samej gry, dosłownie zdeptali swoich rywali. Byli o klasę lepsi. Stąd też wynik remisowy pozostawia ogromny niedosyt. Squadra Azzurra - wyłączając te sytuacje, po których trafiała do siatki - stworzyła sobie w trakcie meczu jeszcze jakieś dziesięć - może jedenaście, może dwanaście okazji. Tym bardziej ogarniało mnie zdziwienie, gdy drużyna wydająca się być o półkę wyżej od Brazylii, schodziła do szatni z dwoma golami w plecy. Pierwsza stracona bramka to jakieś nagłe rozprężenie tyłów. Najpierw piłka zagrana w lukę - choć była to właściwie dziura tak ogromna, że można by na tych połaciach murawy pasać krowy - między Maggio i De Rossim, później fatalne zachowanie Bonucciego, który wygrał walkę o górną piłkę, lecz posłał futbolówkę wprost pod nogi niepilnowanego Freda. Przy drugiej bramce znów Italia złapana na zbytnim otwarciu się i rozwarciu szeregów i piłkę w siatce umieszcza Oscar. Przecież gdyby Włosi ze spokojem kończyli te okazje, które sobie wypracowywali, Canarinhos powinni wracać do domów z bagażem czterech - pięciu bramek. Remis ten, mimo iż tylko towarzyski, boli dotkliwie. I to mimo faktu, iż selekcjoner wykorzystał potyczkę w Genewie do sprawdzenia nie tylko jak prezentuje się grupa stanowiąca kręgosłup drużyny, lecz także do dania szansy pokazania się kilku mniej znaczącym piłkarzom.


2. Giaccherini za napastnikami

Dość zaskakująca była, moim zdaniem, decyzja Cesare Prandellego o powierzeniu roli trequartisty w systemie 4-3-1-2, bo takie ustawienie selekcjoner wybrał na mecz z Brazylią, Emanuele Giaccheriniemu. Nie mam pojęcia, jakie były przyczyny tego wyboru. Że Prandelli rezerwowego Juventusu ceni - rozumiem. Że chciał skorzystać z niego w tym meczu - ok, przełknę. Natomiast wystawienie Giaka przeciwko rywalowi formatu Brazylii za napastnikami, co w przyjętym przez selekcjonera ustawieniu, jest pozycją kluczową (jak bardzo - pokazał Milan grając tam, na początku sezonu, kompletnie zagubionym Boatengiem), jest dla mnie absolutnie niezrozumiałe. Gra Giaccheriniego potwierdza zresztą to, o czym piszę - na Brazylię to jest on za cienki w uszach. Początkowo miał duże problemy z utrzymaniem się przy piłce - na czym tracił oczywiście cały zespół, później zaś zniknął nam z oczu, snując się gdzieś między obroną a pomocą rywala. Skoro, przy absencji Marchisio, chciał Prandelli cofnąć Montolivo na pozycję mezz'ala ("pół-skrzydłowy" brzmi głupio, a w zapisie wygląda jeszcze gorzej, więc wybaczą mi Państwo makaronizm), mógł przecież w roli trequartisty obsadzić Alessandro Diamantiego - gracza ze świetnie ułożoną lewą nogą, potrafiącego zagrać niekonwencjonalnie, mającego podanie zarówno krótkie jak i długie, potrafiącego huknąć z dystansu. 

3. Debiut De Sciglio

Konfrontacja z Brazylią była niewątpliwie trudnym testem dla debiutujęcego Mattii De Sciglio. Spotkałem się z wieloma głosami, że młody obrońca Milanu spalił się psychicznie, nie podołał i rozegrał słaby mecz. Oglądając spotkanie ponownie, już na zimno, odniosłem jednak inne wrażenie. De Sciglio spisał się, w moim odczuciu, całkiem poprawnie. Umiejętnie wychodził spod pressingu rywali, dobrze się ustawiał i Dani Alves do spółki z Hulkiem - dobrze przecież tego dnia dysponowani - nie mieli z nim łatwego życia. Do tego pięknie i, co najważniejsze, czysto wytrącił Hernanesa z równowagi, gdy ten znalazł się w dogodnej sytuacji do pokonania Buffona. Cieniem na jego występie kładzie się jednak gol nr 2 dla Canarinhos, kiedy to jedno z jego niewielu wejść ofensywnych zaowocowało kontrą Brazylijczyków i spóźniony Mattia nie zdołał dogonić Oscara, który w efekcie wyprowadził piłkę, inicjując kontrę, oraz na samym końcu - dostawszy zwrotne podanie od Neymara - strzelił bramkę. Nie ma jednak mowy o błędzie De Sciglio przy pierwszym golu. Oglądając powtórki, widzimy że przejął on krycie wbiegającego napastnika drużyny przeciwnej i nie dostał wsparcia od Montolivo - który najpierw odpuścił Neymara, później zaś nie przejął Freda. De Sciglio skupiał się na robieniu rzeczy prostych i ostatecznie był to poprawny debiut, na tle klasowego przecież rywala.

4. Bohaterowie drugoplanowi

W drugiej połowie Prandelli zmienił ustawienie na 4-3-3, wprowadzając jednocześnie dwóch bocznych napastników. Po 45 minut dostali zatem El Shaarawy i Alessio Cerci. Il Faraone po raz kolejny potwierdził, że ma problem z grą przeciwko mocnym rywalom. Jeśli sięgniecie Państwo pamięcią wstecz i przypomnicie sobie takie spotkania jak np. pierwszy mecz derbowy z Interem, jesienne spotkanie z Juventusem czy konfrontacje z Barceloną, zobaczycie Państwo pewną prawidłowość - Stephen El Shaarawy przeciwko mocnym rywalom jest bezradny. Nie potrafi wygrać pojedynku 1 na 1, ma problemy z grą w ataku i skupia się głównie na pracy w defensywie. Oczywiście chwała mu za to, że ciężko haruje również w destrukcji, lecz nie zapominajmy, że graczy ofensywnych rozliczać należy głównie z tego, jak prezentują się w grze do przodu. Jasną rzeczą jest również, że El Shaarawy to jeszcze nie do końca ukształtowany gracz, który również złapał dołek formy w ostatnim okresie i nie należy z niego rezygnować. Mecz ten jednak potwierdza, że na dziś napastnik Milanu nie ma umiejętności ku temu, by w reprezentacji odgrywać pierwszoplanową rolę. Że nie jest materiałem na pierwszy skład, myślę, pokazał również Alessio Cerci. W tym, oczywiście, przypadku nikt nie oczekiwał, że skrzydłowy Torino zawojuje kadrę. Musiałem to jednak odnotować. Prandelli robił przegląd zaplecza, toteż na murawie pojawiali się tacy zawodnicy jak w/w Cerci, Antonelli z Genoi, Poli z Samp czy Gilardino i Diamanti z Bologni. Żaden z nich jednak nic wielkiego do gry nie wniósł.


5. Liderzy poszczególnych formacyj


Słówko o wiodących postaciach poszczególnych formacji. Ostatnimi czasy modne się stawało "nie dawanie punktów odniesienia" w grze rywalowi i włoscy trenerzy lubią tym zwrotem szastać. Ja jednak jestem zdania, że punkty odniesienia są kluczowe dla drużyny. Nie przeciwnej, lecz własnej. Punktami odniesienia są bowiem - w moim odczuciu - zawodnicy trzymający poszczególne formacje w ryzach a z kolejnych punktów odniesienia buduje się kręgosłup drużyny, to ich się "obudowuje" innymi zawodnikami tworząc zespół. Na lidera obrony wyrósł Andea Barzagli, który przeciwko Brazylii zagrał jak profesor. Ogromną pracę wykonano w Juventusie, przywracając mistrza świata z 2006 roku do piłkarskiego życia po okresie gry w Wolfsburgu. Obecnie Barzagli wydaje się być w życiowej formie. Przeciwko Brazylii zaprezentował się bezbłędnie, znakomicie odbierając futbolówkę i czytając grę. W pomocy postawiłbym na Daniele De Rossiego z Romy. Kiedyś nawet popełniłem zdanie, iż dla równowagi środka pola Azzurrich jest on ważniejszy od Andrei Pirlo. Capitan Futuro to gracz, którego nie sposób przecenić. Bardzo nowoczesny pomocnik, grający dobrze zarówno w fazie obronnej, jak i w ataku. Mecz zaczął jako prawy mezz'ala, by po zmianie ustawienia na 4-3-3 zagrać przed obroną. W widowiskowy sposób ubezpieczał tyły i dał sygnał do odrabiania strat, pakując piłkę do siatki po dośrodkowaniu El Shaarawiego z rzutu rożnego. Jeśli chodzi o pierwszą linię wybór jest prosty - Mario Balotelli. Piękny gol na 2:2 i ciężka praca. SuperMario zdaje się przekraczać Conradowską "smugę cienia", dojrzewając i biorąc na siebie większą odpowiedzialność za grę reprezentacji. Zapytany po meczu z Brazylią o notę, jaką by sobie wystawił, odpowiedział: "Oceniam swój występ na 6. Zmarnowałem zbyt wiele okazji". Balotelli jest kluczowy przy utrzymywaniu się przy piłce w fazie ofensywnej. 


Malta vs. Italia


Mecz z Maltą sam w sobie niezbyt godny uwagi. Włosi zagrali minimalistycznie - jak to mają w zwyczaju. Mieli gospodarze, co prawda, rzut karny i uderzenie w poprzeczkę zanotowane, lecz Italia, grając na zaciągniętym hamulcu, wymęczyła wynik 2:0 a strzelcem obu goli był Mario Balotelli. Spotkanie to godne jest uwagi z innej przyczyny. Wyjściowa jedenastka Azzurrich złożona była, po raz trzeci w historii, tylko z piłkarzy dwóch klubów. W tym przypadku byli to gracze Juventusu oraz Milanu. Poprzednie takie przypadki miały miejsce w czasach Grande Torino, w roku 1947. Wyjściowe ustawienie na Maltę wyglądało następująco: Buffon; Abate, Barzagli, Bonucci, De Sciglio; Marchisio, Pirlo, Montolivo; Giaccherini; Balotelli, El Shaarawy. 

sobota, 9 marca 2013

Dlaczego Milan nie stracił na odejściu Pirlo?

18 maja 2011 roku Pirlo ogłosił, że to koniec jego, trwającej dziesięć lat i obfitującej w sukcesy, przygody z Milanem. Na zasadzie wolnego transferu zasilił Juventus, z którym podpisał trzyletni, obowiązujący do lata 2014 r, kontrakt. Intensywność głosów mówiących, że trzeba było zawodnika zatrzymać za wszelką cenę wzmogła się po zdobyciu rok później przez drużynę Conte, z Andreą jako centralną postacią i głównym dyrygentem gry, Scudetto i srebrnym medalu pirlocentrycznej maszyny Prandellego na boiskach Polski i Ukrainy. Zarzucano Allegriemu, że skreślił tak genialnego gracza. Gallianiemu, że nie przedłużając kontraktu rozgrywającego sam włożył oręż w dłoń rywala do tytułu. Ja z kolei byłem zwolennikiem pożegnania zasłużonego weterana, pamiętającego złote czasy pod batutą Carlo Ancelottiego, i dziś dalej uważam, że to nie był wcale zły ruch ze strony Rossonerich i wygrali na tym wszyscy. 



Andrea Pirlo z żoną. (fot. liberoquotidiano.it)


Milan coraz mniej pirlocentryczny


Dlaczego pozwolono odejść tak klasowemu zawodnikowi jak Pirlo? Kwestia jest bardziej złożona niż rzekoma antypatia Allegriego do jednego ze sztandarów Milanu. Mimo że krytycy livornijskiego szkoleniowca z lubością kreują go na tego, który zmarginalizował starą gwardię Ancelottiego, fakty mówią co innego. Allegri nie miał żadnej awersji do L'Architetto. Przeciwnie, gdy ten był w pełni sił, wychodził w podstawowej jedenastce. Często zresztą ku mojemu niezadowoleniu. Proszę nie zrozumieć mnie źle, jestem fanem talentu Pirlo. Tym mocniej bolało mnie, gdy widać było, że po Mistrzostwach Świata w 2006 roku Andrea gasł z sezonu na sezon, z momentami przebłysku (jak cała drużyna Milanu zresztą) wiosną 2007 roku. Drużyny z krajowego podwórka nauczyły się zamykać przed mediolańskim rywalem, neutralizując tym samym atut jakim były długie podania od ustawionego przed obrońcami AP. Mówiąc całkiem otwarcie był to jeden z najbardziej irytujących zawodników późnej ery Ancelottiego, uporczywie grając swoje charakterystyczne miękkie piłki w zagęszczone strefy boiska. Przywiązanie do nazwisk to chyba największy grzech Carletto. Sezon 2010/2011 był ostatnim rokiem obowiązywania kontraktu Pirlo. Podpisanie nowego kontraktu miało być formalnością. Pod koniec stycznia Il Metronomo doznał jednak urazu, który wykluczył go z gry na trzy miesiące. Ten okres okazał się kluczowy. Plaga kontuzji w szeregach Rossonerich zmusiła Adriano Gallianiego do aktywności na rynku transferowym. 25 stycznia kontrakt z Milanem podpisał Mark van Bommel. Majstersztyk prawej ręki Berlusconiego, który po mercato porusza się jak nikt inny. Holender do Mediolanu przeniósł się na zasadzie wolnego transferu, parafując półroczną umowę z opcją przedłużenia jej o kolejny sezon. Allegri znalazł sposób na odejście od doktryny pirlocentryzmu. Miejsce registy nie było już przed linią obrony, gdzie królował - nastawiony w głównej mierze na destrukcję i zapewniający Rossonerim spokój w tyłach - van Bommel. Odpowiedzialnością za dystrybucję futbolówki do wyżej ustawionych partnerów Il Generale podzielił się zaś z Thiago Silvą. Brazylijski obrońca świetnie radził sobie z piłką przy nodze. Miał jeden z najwyższych procentów dokładności podań w całej Serie A i posyłał prawie jedenaście celnych długich podań na mecz. W klubowym rankingu w ilości wymienionych podań wyprzedzał go jedynie... van Bommel. Brazylijsko-holenderski tandem sprawił, że nieobecności Andrei Pirlo w ogóle się nie odczuwało.

Nowa polityka kadrowa


Allegri nie zamierzał oczywiście rezygnować z zawodnika o tak wysokich umiejętnościach. Znalazł mu miejsce nieco wyżej. Widział go jako lewego pół-skrzydłowego w systemie 4-3-1-2. Zazwyczaj pozycję tę obsadzał, trzy lata starszy, Clarence Seedorf. O wieku genialnego Willy Wonki wspominam nie przez przypadek. Siłami wiekowego Holendra Mister musiał bowiem dysponować rozsądnie. Pomysł obsadzenia lewej "połówki" duetem Seedorf - Pirlo wydawał się naprawdę dobry. Andrea grając wyżej, częściej był pod grą, był bardziej ruchliwy i więcej dawał drużynie. Zapowiadało się na otwarcie kolejnego rozdziału. Z klubem związanych było kilkuletnimi kontraktami kilku piłkarzy, których nieskutecznie próbowano się pozbyć, z Jankulovskim czy Oddo na czele. Znaleźli się poza projektem Allegriego, lecz nadal mieli ważne umowy, gwarantujące im przyzwoite zarobki. Wydatki te wiązały Gallianiemu ręce w kwestii wzmocnień. Wprowadzona została zatem polityka oferowania graczom po trzydziestym roku życia umów jednorocznych. Gdy piłkarz spełniał pokładane w nim oczekiwania, umowa była prolongowana. W przeciwnym razie klub po prostu jej nie przedłużał. Dla "senatorów" nie było wyjątku. Ambrosiniemu, Seedorfowi, Pirlo, Inzaghiemu a także przekraczającym próg wiekowy Mario Yepesowi oraz Markowi van Bommelowi kontrakty oferowano w zgodzie z nowo obraną drogą. Właśnie długość kontraktu okazała się kością niezgody w przypadku rozgrywającego Rossonerich. Zawodnik oczekiwał trzyletniego kontraktu, Milan oferował roczny. Ostatnie sezony, delikatnie rzecz ujmując, dość przeciętnie w wykonaniu Andrei oraz nowa koncepcja gry, która osłabiała pozycję zawodnika jako niezastąpionego nie były zbyt mocną kartą przetargową. Gdy 18 maja opuszczał siedzibę klubu przy via Turati przyznał: "nie przyszedłem negocjować, przyszedłem się pożegnać". Kilka dni później oficjalnie ogłoszony został jego transfer do Juventusu.

Srebrno-złoty architekt


W Turynie znalazł się w odpowiednim czasie. Do użytku został oddany Juventus Stadium - nowoczesny obiekt na 38 tys. miejsc, który miał powiększyć generowane przez Bianconerich dochody oraz stać się domem przytuleniejszym od betonowego molocha Delle Alpi. Wniósł ogromny entuzjazm w biało-czarne środowisko. W tym czasie stery w Juve objął włoski Mourinho - Antonio Conte, który realizację misji odbudowy drużyny zaczął od przekazania Andrei kluczy do boiskowej sterowni, i postawienia przy jej drzwiach dwóch atletycznych pomocników, w osobach Marchisio i Vidala, pozwalających Pirlo rozwinąć skrzydła. Nowe środowisko, nowe wyzwania, nowa motywacja. Regista narodowej kadry Włoch złapał wiatr w żagle i rozegrał wyśmienity sezon, prowadząc La Vecchia Signora do zdobycia Scudetto a La Nazionale do Kijowa, gdzie rozegrali finałowy mecz (ostatecznie jednak boleśnie przegrany z Hiszpanią) europejskiego czempionatu. Pirlo wrócił do żywych i znów zachwycał swoją wizją gry i techniką. W sposób oczywisty został pierwszym wygranym rozstania z Mediolanem.

Milan post-Pirlo


Z perspektywy prawie 2 r. p.o.p. (po odejściu Pirlo) nadal nie uważam, żeby Milan był stratny. W sezonie 2011/12 Allegri kontynuował grę bez registy przed obroną, stawiając na tandem van Bommel / Ambrosini - Thiago Silva. Pomysł się sprawdzał, został zatem potwierdzony na kolejny sezon. Z nadejściem sezonu 2012/13 w klubie nie było już jednak ani Brazylijczyka ani Holendra. Milan przeszedł rewolucję kadrową a Allegri wobec braku odpowiednio dobrze grającego piłką defensora - po wielu próbach znalezienia tożsamości nowej drużyny - wrócił do wariantu z playmakerem przed obroną. W roli tej występuje, sprowadzony na zasadzie wolnego transferu z Florencji, Riccardo Montolivo. Historia zatoczyła koło i ktoś złośliwy uśmiechnie się pewnie pod nosem: "no ładnie, zamienić Pirlo na Montolivo". Przechodzimy zatem do kluczowej kwestii. Przypominam, że Milan nie zmienił na byłego kapitana Fiorentiny tego Andrei, którego w pasiastej koszulce Juve widzimy teraz, lecz tego, który irytował konsekwentnie zagrywanymi, w tłum kopiących się o piłkę zawodników, lobami. Milan stawiając na Montolivo nie stracił. W "roku zero" - mającym stworzyć fundamenty pod nową drużynę - nie ustępuje Juventusowi, mistrzowi pewnie zmierzającemu po drugi tytuł z rzędu, pod względem celności podań. Oba zespoły legitymują się takich samym procentem celnych podań (85,7%).

Montolivo i Pirlo jak "maluch" przy Ferrari. Czy na pewno?


Jak wygląda porównanie obu reżyserów gry? Zawodnik Juventusu wykonuje średnio 80,5 podania w ciągu meczu. 84.8% tych podań trafia do adresata. Ponadto posyła średnio 7,1 celnych długich piłek oraz 3,3 kluczowe podania w ciągu spotkania. Z drugiej strony mamy, debiutującego na poziomie wielkiego klubu, Riccardo Montolivo, który wykonuje średnio 65,3 podań, z czego celnych jest 86,5%. Do tego dokładamy aż 11,2 celnych długich piłek oraz 1,1 kluczowe podanie na mecz.

Jak widać porównując obu graczy, nie ma tutaj wyraźnej przewagi byłego registy Milanu nad obecnym. Przez Monto przechodzi mniej podań w ciągu trwania meczu, legitymuje się jednak większą celnością zagrań. Z racji tego, że gra głębiej i rzadziej podłącza się do akcji zaczepnych wykonuje mnie kluczowych podań. Góruje z kolei nad swoich kolegą z reprezentacji liczbą posłanych celnych długich piłek w trakcie spotkania.

Milan stracił Pirlo, lecz zyskał godnego zastępcę. Najbardziej zyskaliśmy my - sympatycy calcio - odzyskując Andreę w wielkiej formie, mogąc cieszyć się jego powrotem na najwyższy światowy poziom.